Na “The New Abnormal” The Strokes uczą się autoironii

The Strokes
Wypalone ikony indie-rocka akceptują własny uwiąd twórczy i próbują go pokonać metanarracyjnym dowcipem.

Wcale nie czekałem na najnowszy album The Strokes. Zastanawiam się wręcz, czy ktokolwiek z niecierpliwością wypatrywał premiery szóstego krążka rock’n’rollowych rewiwalistów z Nowego Jorku. Faktycznie, na początku ubiegłej dekady, Casablancas i spółka rozpalali wyobraźnię modnej, hipsterskiej młodzieży oraz dziennikarzy poszukujących odtrutki na toksyczność nu-metalu, ale od co najmniej dziesięciu lat strokesowa działalność artystyczna jedynie rozczarowuje. Obecnie niegdysiejsi bogowie gitarowego grania nagrywają płyty jakby z przymusu, a ich kolejne próby powrotów do pierwszej ligi kończą się coraz bardziej spektakularnymi klęskami.

Muszę jednak przyznać, że „The New Abnormal” to dzieło dość wyjątkowe. Na ozdobionym frywolnym graffiti longplayu, amerykańska formacja wciąż ma problemy z odnalezieniem dobrej formy. Tym razem jednak uczyniła ze swej kreatywnej nieudolności największy atut.

Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że Strokesi nie stworzyliby tak intrygującego materiału, gdyby wciąż doskakiwali do poprzeczki zawieszonej przez „Is This It”, czy „Room on Fire”. Tytułową anormalnością jest tu bowiem osobliwy motyw przewodni – melodie rozliczające się z niemocą twórczą samych autorów.

The Strokes i jeden z ciekawszych numerów na płycie

Piątka muzyków, zamiast dąsać się z powodu własnej nieudolności, postanowiła powalczyć z trudną sytuacją poprzez słodko-gorzką autoironię. Niemal każda sekunda dziewięciu premierowych piosenek brzmi jak świadomy kompozycyjnej banalności pastisz. Większość utworów to przecież trwające ponad pięć minut, rozwijające się w bagiennym tempie kolosy, parodiujące strokesowe pragnienie wykreowania ambitnej, rockowej epopei na nowe czasy. Przerysowanemu rozmachowi towarzyszy tu jeszcze bardziej karykaturalny recykling idei. Casablancas wraz z ekipą pożyczają bowiem riffy od Billy’ego Idola. Wtrącają też co chwilę przeterminowane synthpopowe ozdobniki i serwują refreny przywodzące na myśl fanowskie karaoke reintepretujące najlepsze momenty ich pierwszych płyt. Skrajnie spokojny puls do bólu konwencjonalnych piosenek buduje przezabawną metanarrację. Wypalone gwiazdy celebrują swój nowy, nieatrakcyjny wizerunek, mknąc w kierunku dad-rocka, czyli stereotypowego gatunku-żartu zdefiniowanego jako trywialna muzyka dla nudziarzy w średnim wieku.

Ślamazarną dynamikę albumu uzupełniają apatyczne teksty utworów.

Julian śpiewa o znużeniu swoją pasywną, nieinteresującą egzystencją, a także chybionych próbach wyrwania się z codziennego letargu („Chcę mieć nowych przyjaciół, ale oni nie chcą mnie”). W jego zwierzeniach widać również rozgoryczenie, prawdopodobnie spowodowane chłodnym odbiorem ostatnich dokonań The Strokes. Przewijający się w wielu strofach obraz matni należy chyba odczytać jako podsumowanie bezowocnych godzin spędzonych na poszukiwaniu dawnego, twórczego blasku.

The Strokes w wersji apokaliptyczno-syntezatorowej

Na szczęście znużony samym sobą frontman dekonstruuje cierpiętnicze tony dość komicznymi popisami wokalnymi.

Facet, którego do tej pory znaliśmy jako kontynuatora propagowanej przez Lou Reeda filozofii mikrofonowego mamrotania, nagle szpanuje falsetem i wyciąga, jak na standardy indie-rocka, wręcz broadwayowskie dźwięki. Ta wyjątkowo zabawna metamorfoza pozwala wziąć markotne refleksje wypłowiałej ikony w olbrzymi nawias. Co więcej, potraktować je jako jeszcze jeden element autotematycznego dowcipu.

Ponoć najczęstszą przyczyną blokady twórczej jest obsesyjny perfekcjonizm. Wiele kreatywnych osobowości skazuje się na permanentne męki w obawie przed wyprodukowaniem choćby jednej fałszywej nuty, niespełniającej oczekiwań odbiorców. Na „The New Abnormal” The Strokes poddali się terapii grupowej, skutecznie zwalczającej ową nieprzyjemną przypadłość. Akceptacja oraz obśmianie problemu pozwoliło członkom formacji (przynajmniej tymczasowo) wyleczyć kompleksy i odbudować nadszarpniętą reputację. Jeśli proces rekonwalescencji wciąż będzie przebiegał pomyślnie, być może w przyszłości usłyszymy jakościowe strokesowe utwory. Być może jednak triumfujące już bez pomocy pastiszowej poduszki bezpieczeństwa.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Dlaczego kręci mnie polska muzyka elektroniczna

Syntetyczne brzmienia z kraju nad Wisłą zawieszają poprzeczkę na mistrzowskiej wysokości.
Czytaj wiecej