Nasz własny „Krwawy południk”

Krwawy południk, Cormac McCarthy, Pete Turner
Fot. Pete Turner
W 1985 roku Cormac McCarthy wydał swoją najważniejszą powieść – "Krwawy południk". Westernowa saga zdobyła rozgłos przede wszystkim dzięki temu, w jaki sposób rozprawiała się z wyidealizowanym mitem Dzikiego Zachodu.

Opus magnum Amerykanina do dziś budzi żywe reakcje wśród odbiorców. Są one spowodowane w dużej mierze wypełniającymi akapity scenami przemocy. Nie chodzi tu nawet o sam fakt ich występowania, a o to, jaki niosą ze sobą przekaz. Po pierwsze, krwawe sekwencje pojawiają się niemal co drugą stronę. Po drugie, są ukazane przy pomocy obojętnej, zdystansowanej narracji. Synteza owej intensywnej częstotliwości i zimnej prozy ma zaskakująco niekomfortowe konsekwencje. Pisarz niemalże zmusza czytelnika do apatii. Wręcz każe nam reagować na absolutnie makabryczne momenty znużeniem.

Przez lata próbowano zekranizować „Krwawy południk”

Do dziś w Hollywood nie znaleziono natomiast sposobu na stworzenie odpowiedniej adaptacji dzieła McCarthy’ego. Niemożność przeniesienia tej opowieści na srebrny ekran nie wynika jednak z poziomu skomplikowania historii czy niezbyt filmowego języka narracji. Problem tkwi gdzie indziej. Współczesność wcale nie potrzebuje bowiem nowego „Krwawego południka”.

Nasza codzienność już jest niczym innym jak tylko spektakularną adaptacją książki McCarthy’ego. Każdego dnia mierzymy się z sytuacją, o której laureat Pulitzera fantazjował w latach osiemdziesiątych. Przygniata nas częstotliwość występowania przemocy. Brutalne sceny atakują bowiem z każdej strony. Konsumujemy je poprzez tak zwany doomscrolling – żywienie się gigantycznymi porcjami instagramowo-facebookowych negatywnych wiadomości.

Ból i cierpienie stały się przez to zupełnie naturalnymi elementami naszego dnia powszedniego. Najbardziej przerażające informacje traktujemy jak dodatek do porannej kawy. Kiełkuje w nas znany z „Krwawego południka”, wewnętrzny, beznamiętny ton. Uczymy się pasywności w stosunku do przemocy dookoła. Natężenie groteskowo makabrycznych treści prowadzi nas ku niezwykle niepokojącej reakcji – absolutnej akceptacji.

Tę obojętność wzmaga kultura masowa

W kinie dominuje post-Tarantinowskie, ironiczne podejście do ekranowego rozlewu krwi. Najpopularniejsze tytuły zupełnie nie traktują prezentowanych scen przemocy na poważnie. Podbijające nasze serca superbohaterskie fabuły odznaczają się sterylną brutalnością. Taką, która traktuje siebie samą jako niewart głębszej refleksji, nieodłączny komponent uniwersum.

Jesteśmy dziećmi przemocy sprowadzonej do roli rekwizytu spektaklu codzienności. Widzimy w niej wyraz jakiejś konwencji, abstrakcyjny symbol teraźniejszości, a nie prawdziwy problem. „Krwawy południk” ukazywał postaci, które straciły umiejętność reagowania na okrucieństwo. Dziś nasza cywilizacja znajduje się natomiast w podobnym miejscu. Jesteśmy przecież zdolni do tego, by z horroru wojny uczynić tematykę memową.

Nie potrzebujemy ekranizacji „Krwawego południka”, bo już egzystujemy w rzeczywistości, o której kilkadziesiąt lat temu pisał McCarthy.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

„Patoreakcja” to burżuazyjny teatrzyk

Minęły już dwa lata od premiery "Patointeligencji", więc Mata postanowił przypomnieć o...
Czytaj wiecej