NFT, czyli jak wpaść w sidła cyfrowej sztuki

Blockchain, NFT, Gerd Altmann, Pixabay
Fot. Gerd Altmann/Pixabay
Wirtualny świat wręcz puchnie od kolejnych przełomowych pomysłów już dziś przenoszących nas w przyszłość – obecnie najpopularniejszym trendem bez wątpienia pozostaje NFT, które w zeszłym roku rozgościło się w naszych realnych życiach. Nie każdemu wyjdzie to jednak na dobre.

Niewymienialne tokeny bazujące na technologii blockchain zawładnęły zarówno umysłami twórców, jak i odbiorców. Wśród reprezentantów tej drugiej grupy trudno znaleźć osoby przypadkowe – choć nie jest to jednoznaczne z tym, że wiedzą, co robią. Często są to po prostu osoby głodne lepszego, cyfrowego życia. Inwestycja w NFT jawi im się jako krok ku świetlanej przyszłości. Nie trzeba było więc długo czekać, by wyrosła nam armia internetowych biznesmenów, którzy chcą im w tym pomóc. Za nimi podążyli natomiast artyści i wspierające ich koncerny. Każdy chce się załapać na pociąg, który niebawem może odjechać – o ile już tego nie zrobił.

Cyfrowa sztuka błyskawicznie rozpierzchła się po świecie

Everydays: the First 5000 Days (2021), Mike Winkelmann, Beeple, NFT, Christie's
„Everydays: the First 5000 Days” (2021) – dzieło Mike’a Winkelmanna (aka Beeple) sprzedane w formie NFT za rekordowe jak dotąd 69 346 250 dolarów, fot. Christie’s

Oczywiście nie jest tak, że mówimy o czymś zupełnie nowym. Pierwsze wzmianki o niewymienialnych tokenach pochodzą sprzed dekady, choć naprawdę głośno zrobiło się o nich dopiero w roku 2017. Kiedy hodowane w grze „CryptoKitties” kociaki zaczęły osiągać wartości przekraczające sto tysięcy dolarów, mogliśmy być pewni, że NFT się przyjmie. Pomysł potrzebował jedynie kilku lat na ugruntowanie swojej pozycji – i oto jest: fenomen roku 2021.

Po najintensywniejszym roku w rozwoju NFT można stwierdzić, że technologia ta jest już wszędzie. Nie każdy ją oferuje, nie każdy nawet o niej słyszał, ale – kto miał wiedzieć, ten wie. Artyści sprzedają w ten sposób swoją twórczość, wirtualne dzieła sztuki są już licytowane właśnie w tej formie, a do zabawy dołączyły nawet koncerny. Te ostatnie nie bez problemów – firmy takie jak Ubisoft i tak są pod baczną obserwacją. Kolejne wirtualne dobra, które dostępne będą za realne pieniądze, brzmią dla graczy jak mikrotransakcje 2.0. Opór zatem jest, choć na dłuższą metę może się on okazać daremny.

Przykład Ubisoftowych Digitsów jest zresztą dość mylący – francuski koncern chce sobie bowiem rościć prawo do stworzenia własnej giełdy NFT, co już w jakimś stopniu wyklucza się z głównymi założeniami tej koncepcji. Niewymienialne tokeny nie powinny bowiem funkcjonować w sztucznie zamkniętym obiegu. Szczerze natomiast wątpię, by pojawiła się możliwość handlu skórkami z gier Ubi poza ich growym ekosystemem. Tak zresztą dochodzimy do głównej wartości stojącej za kryptodobrami.

Niepodleganie odgórnej kontroli, które przedstawiane jest jako ich największa zaleta, jest zarazem największym zagrożeniem dla potencjalnych inwestorów. Wy też plujecie sobie w brodę, że dekadę temu nie zainwestowaliście w Bitcoina, dzięki czemu dziś bylibyście milionerami? Cóż, w takim razie NFT otwiera przed wami nowe możliwości. Może się jednak okazać, że w pogoni za przyszłymi korzyściami wdepniecie w cyfrowe wnyki.

Trudno z czystym sumieniem polecać inwestycję w NFT

Nie chcę wyjść na osobę, która odradza innym inwestycje w coś, czego sama nie rozumie. Problem z NFT, zresztą (nieintencjonalnie) zobrazowany ostatnio w spektakularny sposób przez ludzi, którzy na kryptowalutach zjedli zęby, polega na umowności tej dziedziny. Oczywiście sam pomysł wyrasta na gruncie równie umownych zjawisk, jak handel dziełami sztuki czy nawet działalność giełd papierów wartościowych. Te jednak przez dziesiątki czy setki lat budowały swoją pozycję, która mimo wszystko ugruntowana jest w świecie realnym. Kryptowaluty i bazujące na podobnych założeniach NFT dopiero natomiast rosną – już dziś będąc zresztą poza zasięgiem szaraków.

W największym uproszczeniu NFT jest bowiem płaceniem za certyfikat, którego wartość definiuje to, czy uda nam się go z zyskiem sprzedać. Trudno natomiast wyrokować, czy w ogóle znajdą się chętni na przejęcie owego certyfikatu – ten bowiem niewiele znaczy. To jak świadectwo własnej – za przeproszeniem – zajebistości, za którym nie stoi nic więcej, chyba że umowa zawarta w ramach transakcji mówi coś innego. A najczęściej nie mówi!

Warto to podkreślić. Jeśli chcemy zostać właścicielami niewymienialnego tokenu do jakiegoś dzieła sztuki, możemy to zrobić. Nie daje nam on jednak praw do danego dzieła. Autor może nawet stworzyć wiele tokenów do tego samego dzieła – i każdy sprzedać innej osobie. Zdarzały się także przypadki, że pod młotek szły tokeny do dzieł zwyczajnie ukradzionych – grafik skopiowanych z internetu. To nie buduje wiarygodności NFT, ale też odziera fenomen z ułudy inwestycyjnej rewolucji na miarę XXI wieku. Ostatecznym fikołkiem logicznym jest natomiast sytuacja, w której każdy może bez najmniejszego problemu pobrać sobie taką grafikę za darmo z internetu, podczas gdy my – jako właściciele NFT z nią powiązanego – nie możemy temu zapobiec.

Spektakularny błąd, który może nas wiele nauczyć

Diuna, Alejandro Jodorowsky, Christie's
„Diuna” w opracowaniu Alejandro Jodorowsky’ego z myślą o filmowej adaptacji, fot. Christie’s

Nie twierdzę, że NFT nie jest technologią przyszłości. Tokeny mogą zrewolucjonizować wiele dziedzin i stać się nieodzownym elementem codzienności. Dziś jednak służą raczej do napędzania obrotu na rynku kryptowalutowym. Trzeba bowiem wspomnieć, że niewymienialnych tokenów nie kupimy za gotówkę, lecz właśnie za kryptowaluty. Wartość wyrażana w dolarach ma nam jedynie pokazać, ile potencjalne musielibyśmy za dane dzieło zapłacić – choć oczywiście wirtualny pieniądz niekoniecznie jest w tym przypadku przeliczalny w stosunku 1:1.

Ciekawym przypadkiem jest natomiast niedawna wtopa Spice DAO. Kryptowalutowy kolektyw tak mocno wsiąkł w świat cybersztuki, że zupełnie zapomniał o świecie rzeczywistym i obowiązujących w nim prawach. W połowie stycznia grupa pochwaliła się nabyciem rzadkiego egzemplarza (istnieje ich bodaj tylko dziesięć) „Diuny”. To opasła księga pochodzi z połowy lat siedemdziesiątych XX wieku i stanowi storyboard nigdy niezrealizowanej przez Alejandro Jodorowsky’ego adaptacji powieści Franka Herberta.

Film, który nigdy nie powstał, obrósł niemałym kultem. Dom aukcyjny Christie’s, który w listopadzie 2021 przeprowadził aukcję, oszacował więc wartość storyboardu na 25-35 000 euro. Spice DAO zapłacili natomiast stokrotnie więcej – 2 660 000 euro, po czym ogłosili swoje plany. Wymienili wśród nich między innymi upublicznienie storyboardu, który… od 2011 roku hula po internecie w formie PDF-u; ponadto zamierzają na jego podstawie zrealizować serial animowany i sprzedać prawa do niego którejś z platform streamingowych.

Nie trzeba być prawnikiem, by wiedzieć, że członkowie Spice DAO mocno odlecieli. Zgodnie z logiką kultury NFT kupno książki zrównali z pozyskaniem praw autorskich. Zapewne przypłacą to konfliktem zarówno z fundacją sprawującą pieczę nad dziedzictwem Franka Herberta, jak i Warner Bros. Pictures, które posiada prawa do adaptacji prozy mistrza. Dokładnie tak samo nie działają tokeny, choć te mogą być mylące. Nie chcę już nawet wchodzić na dalsze kwestie jak nietrwałość odnośników do otokenowanych dzieł czy ogromne nakłady energetyczne pochłaniane przez blockchain.

Przykład Spice DAO powinien natomiast dawać do myślenia – dosłownie i w przenośni

Każdą inwestycję należy przemyśleć, a już w szczególności dotyczącą kwestii, na których się nie znamy. Cybersztuka może działać i przynosić zyski, ale to ryzykowna działka. Równie dobrze może się ona okazać się otchłanią, do której bezsensownie wrzucimy nasze pieniądze. Bez wątpienia pociąg z tabliczką NFT, podobnie jak kilka lat wcześniej ten kryptowalutowy, powoli zaczyna odjeżdżać – kto się nie załapał, ten zostanie na peronie. Desperacka pogoń za nim nie jest jednak warta zachodu. Kto wie, kiedy pojawi się kolejny tego typu fenomen? Fanom Herberta pozostaje natomiast sięgnąć po dokument „Jodorowsky’s Dune” z 2013 roku. Na realizację adaptacji chilijskiego surrealisty raczej nie ma co liczyć.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Upadek muru berlińskiego w obiektywie Nelly Rau-Häring

Pojałtański porządek sprawił, że w historii Europy nastały trudne czasy: część parła...
Czytaj wiecej