“Nie patrz w górę” – śmiejmy się, póki możemy [Recenzja]

Nie patrz w górę, Adam McKay, Netflix
Grafika promująca film "Nie patrz w górę" (reż. Adam McKay, 2021), fot. Netflix
Politycy kłamią, media obchodzi jedynie oglądalność, a reszta ludzi i tak ma to gdzieś – każdy woli gapić się w ekran smartfona... Pisząc scenariusz do "Nie patrz w górę", Adam McKay właściwie nie musiał się wysilać. Ludzkość sama poddawała mu pomysły, a do ich odegrania zatrudniono największe gwiazdy Hollywoodu. Jak więc możliwe, że nowy film twórcy "Big Short" rozczarowuje?

Kiedy do biblioteki Netflixa trafia nowy film oscarowego autora, w którym zobaczyć możemy plejadę hollywoodzkich gwiazd, niemal pewne jest, że tytuł okaże się hitem. Tu jednak wpadamy w pewną pułapkę, którą – paradoksalnie – Adam McKay (raczej nieintencjonalnie) obśmiewa w “Nie patrz w górę”. Zastanawialiście się, co skłoniło was do seansu? Chcieliście go obejrzeć ze względu na humor, dekadenckie przesłanie, czy może jednak ciekawość jak Leonardo DiCaprio, Jennifer Lawrence, Meryl Streep i cała reszta gwiazdorskiej obsady pomieściła się na tak niewielkiej przestrzeni?

A co ty byś zrobił, gdyby do końca świata zostało zaledwie pół roku?

Nie patrz w górę, Adam McKay, Netflix
Scena otwierająca “Nie patrz w górę” (reż. Adam McKay, 2021), fot. Netflix

Już od pierwszych sekund “Nie patrz w górę” epatuje filmowym bogactwem. Nie zaczynamy od Hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, lecz od całej serii pomniejszych sygnałów wysyłanych raczej do filmowych wyjadaczy. Nonszalancja, z jaką wprowadzane są plansze otwierające seans, z miejsca buduje wrażenie doskonale przemyślanej, rasowej produkcji, która garściami będzie czerpać z popkultury. Sama scena otwarcia jest przy tym dość skromna. Ot, prowadząca rutynową obserwację nieba doktorantka Kate Dibiasky (Jennifer Lawrence) odkrywa nieznaną dotąd kometę. Informuje o tym swojego opiekuna – doktora Randalla Mindy’ego (Leonardo DiCaprio) – który wykonuje obliczenia dotyczące orbity nowego ciała niebieskiego i dochodzi do wniosku, że zmierza ono w kierunku Ziemi.

Odkrycie oczywiście wymaga, by jak najszybciej zaalarmować NASA. Naukowcy spotykają się także z prezydent Stanów Zjednoczonych – Janie Orlean (Meryl Streep). Wszystko wygląda tak, jak powinno, ale tylko do czasu. Kto by bowiem pomyślał, że ważniejsze od nieuchronnego końca, do którego pozostało zaledwie pół roku, będą bieżące sprawy polityki wewnętrznej? Tak oto wkraczamy na grząski grunt farsy opowiadającej o wydarzeniach, które nie miały miejsca, ale są wielce prawdopodobne. Adam McKay robi wiele, by pokazać, że tak właściwie scenariusz tego filmu napisało życie. On jedynie postanowił wystawić tragikomiczny spektakl na srebrnym ekranie.

Leonardo DiCaprio, Jennifer Lawrence, Meryl Streep, Johan Hill, Netflix
Dr Randall Mindy (Leonardo DiCaprio) i Kate Dibiasky (Jennifer Lawrence) podczas spotkania z prezydent Orlean (Meryl Streep) i szefem jej gabinetu (Johan Hill), fot. Netflix

Niekompetencja polityków i ich skupienie na sondażach jednak nikogo już chyba nie bawią. Janie Orlean nie jest zresztą jedyną przyczyną zła na świecie. Bardzo szybko obrywa się także mediom. Te jednak nie funkcjonują przecież w próżni. Nie mogą sobie pozwolić na tematy, które nie przyciągną widowni. Szybko okazuje się natomiast, że nawet groźba końca świata nie jest gorącym tematem. Ważniejsze są smaczki z życia celebrytów i memy. Ostatecznie więc to nie media czy politycy, lecz ogół ludzkości dostaje od McKaya po głowie łopatą z napisem jesteś głupi. I – co najgorsze – łopata ta bije nas tak często, że z czasem i na nią przestajemy zwracać uwagę.

“Nie patrz w górę” jest jak niepohamowane łakomstwo

Nie patrz w górę, Netflix
Mindy i Dibiasky próbujący ostrzec ludzkość za pośrednictwem telewizyjnego programu satyrycznego, fot. Netflix

Mieszanie najrozmaitszych smakołyków w hurtowych ilościach może mieć tylko jeden skutek – prowadzi do wymiotów. W pewien metaforyczny sposób podobnie dzieje się w “Nie patrz w górę”. Adam McKay powrzucał do jednego gara całe zło tego świata, by w sposób bezceremonialny je obśmiać. Politycy kłamią, media obchodzi jedynie oglądalność, technologiczni giganci ulegają swej megalomani, a reszta ludzi i tak ma to gdzieś. Każdy woli przecież gapić się w ekran smartfona. Pisząc scenariusz, Adam McKay właściwie nie musiał się wysilać – ludzkość sama poddawała mu pomysły. Sęk w tym, że autor potraktował ten dar losu zbyt dosłownie.

Zwłaszcza w pierwszej części filmu trudno oprzeć się wrażeniu, że uczestniczymy w przeglądzie szkiców, które warte będą pokazania. Tempo i umowność zastępują tu jednak rzeczywiste wątki. Ktoś się pojawia, ktoś znika. Nie do końca wiadomo, czemu i po co dana postać działa w taki sposób. Poza dwójką głównych bohaterów, także napisanych raczej bezwysiłkowo, cała reszta jest elementem kartoniady, która jedynie w pozorny sposób składa się na obraz świata. Jeśli jednak spróbujemy przyjrzeć im się z osobna, zobaczymy tylko hasłowo wypisane wady ludzkości.

Życiowo, ale bez siły przebicia

Meryl Streep, Netflix
Prezydent Janie Orlean podczas wiecu politycznego, fot. Netflix

Dopiero w drugiej części “Nie patrz w górę” nabiera kształtu. Po beznamiętnym wymienieniu wszystkiego, co można zarzucić ludzkości, McKay w końcu zmęczył się machaniem wspomnianą wcześniej łopatą. Nieco dzięki temu zwolnił, przy okazji poświęcając więcej czasu pewnym zjawiskom. Najciekawszym jest bodaj to tytułowe – gdy ludzie podzieleni przez własne poglądy i polityków stają po dwóch stronach. Jedni wierzą nauce i z niepokojem patrzą na poczynania władzy. Drudzy zaś ostentacyjnie nie patrzą w górę, bo przecież problemy, których nie widzą, nie istnieją.

Moment, w którym kometa jest już widoczna gołym okiem i dostrzegają ją nawet niewierzący w nią ludzie, jest bodaj najcelniejszym i najbardziej satysfakcjonującym z zagrań McKaya. Nie mam wątpliwości, że autor przede wszystkim uderza tą kosmiczną metaforą w klimatycznych denialistów. Problem w tym, że film trafił na ekrany po niemal dwóch latach od wybuchu pandemii, która przykryła wszystkie inne problemy. Z tego powodu wielu widzom wprost skojarzy się z obśmiewaniem antyszczepionkowców oraz ludzi niewierzących w COVID-19. Najgorsze po seansie jest jednak coś innego.

Sprzedawane jako komedia “Nie patrz w górę” nie bawi jakoś szczególnie, a sam wątek katastroficzny stanowi jedynie pretekst. Nawet jako satyra film ten nie wnosi do dyskusji niczego nowego. Ani to “Armageddon”, ani “Idiokracja”.

Autorowi brak precyzji znanej z “Big Short” czy choćby odwagi do ciętych, politycznych uwag jak w “Vice”. Nowy film jest przez to dość mizerną próbą satyrycznego rozprawienia się z przywarami, które towarzyszą ludzkości od zawsze. Zmieniły się tylko narzędzia, film McKaya jest więc najświeższym ze spojrzeń na ludzką głupotę. Dekadenckie głowy będą mu z całą stanowczością przytakiwać, tylko co to zmieni? Truizm podany w komediowym sosie nie nabierze nagle głębszego znaczenia.

Co więcej, tak absurdalne podejście do tematów jednak dość istotnych sprawia, że autor w jakimś sensie legitymizuje poczynania polityków, mediów, technologicznych potentatów i… ludzi. Pokazuje, że tak po prostu jest i możemy się już tylko śmiać się, prowokując jeszcze większy tumiwisizm. Seans pozostawia nas więc z pytaniem: czy autor ma świadomość, że także należy do krytykowanej w filmie grupy, czy próbuje się ponad nią wywyższać?

Autor artykułu
More from Damian Halik

Sebastian Wrong mentorem Lexus Design Award 2019

Kolejna edycja Lexus Design Award wystartowała – nabór trwa, a organizatorzy stopniowo...
Czytaj wiecej