Nie zapomnijcie o muzycznych perłach zeszłego roku!

Przełom grudnia i stycznia zawsze warunkuje setki muzycznych podsumowań. Niestety, autorzy rankingów często pomijają niezbyt przebojowe albo mniej błyskotliwe marketingowo dzieła. Kilka takich odrobinę niedocenionych perełek wyszło w 2019 roku.

Ostatnie dni przyniosły nam szereg rankingów podsumowujących muzykę wydaną w latach dziesiątych, a także wyróżniających wydawnictwa ubiegłoroczne. O ile z listami biorącymi pod uwagę prawie całą dekadę ciężko polemizować (ilość dźwięków składających się na streamingowe uniwersum jest po prostu zbyt gigantyczna, by bawić się w sprawiedliwą selekcję), tak rozmaite przeglądy zeszłych dwunastu miesięcy mogą już być niezłymi materiałami do dyskusji.

Gdy wczytywałem się w treść owych “topek” i “naj-ów” zauważyłem brak kilku naprawdę interesujących, lecz chyba pozbawionych głównonurtowego sex-appealu, albumów. Skompilowałem więc szóstkę pominiętych tytułów, z nadzieją na to, że moja prywatna lista uchroni je od zapomnienia.  

Nie zapomnijcie o Bleached – Don’t You Think You’ve Had Enough?

Nowoczesna kultura masowa skutecznie wchłonęła tą niszową i przez to granica między “mainstreamem” i “undergroundem” już właściwie nie istnieje. Wielkoformatowe gwiazdy takie jak Lana Del Rey albo Beyonce pozwalają sobie na równie odważne eksperymenty jak tuzy podziemnej awangardy skierowanej do ograniczonego grona odbiorców. W takiej sytuacji aktem największej odwagi nie jest więc dekonstrukcja estetyki, a celebracja merytorycznej i strukturalnej prostoty. Pop-rockowa grupa Bleached rozumie to doskonale.  

Nie zapomnijcie o Boy Harsher – Careful

Dzieło Augustusa Mullera oraz Jae Matthews stanowi kwintesencję definiującej XXI wiek konsumpcjonistyczno-hedonistycznej apatii. Zimny synthpop duetu opowiada historie rodem z powieści Breta Eastona Ellisa, tzn. szkicujące postaci metodycznie pożerane przez wielkomiejską samotność. Jedyna różnica jest taka, że autor “American Psycho” traktował pustych w środku bohaterów złośliwym ostrzem satyry, a członkowie Boy Harsher już dawno pogodzili się z klaustrofobiczną duchotą codzienności i nie widzą dla siebie ratunku nawet w autoironii.  

Nie zapomnijcie o Channel Tres – Black Moses

Druga EPka młodego, zdolnego Amerykanina kontynuuje filozofię hip-house’owego debiutu. Artysta ponownie żeni rapową brawurę z klubowym transem, motywując odbiorcę nie do tańca, a do transcendentalnej medytacji. Hipnotyzujący puls zawartych na “Black Moses” piosenek to robota współczesnego szamana, nadającego znanym gatunkowym motywom, wręcz metafizycznych właściwości.

Nie zapomnijcie o The Gerogerigegege ‎– Uguisudani Apocalypse

Jeden z najbardziej enigmatycznych projektów w historii muzyki noise po raz kolejny wydał naprawdę zadziwiający album. Japońska formacja, dotychczas znana głównie z serwowania fanom dźwiękowej terapii szokowej, tym razem zaproponowała czterdzieści minut usytuowanych gdzieś pomiędzy barowym jazzem, funkującą psychodelią i eleganckim koktajlowym popem. Wszystko to w ramach nieco komicznego, ale kunsztownego pastiszu, który docenią miłośnicy zręcznych, postmodernistycznych gierek. 

Nie zapomnijcie o Girl Band – The Talkies

Jaka powinna być właściwa odpowiedź na postępującą dezintegrację rock’n’rolla? Dublińczycy z Girl Band twierdzą, że barbarzyńska, hałaśliwa i chaotyczna. Stagnacja sceny gitarowej prowokuje ich do tworzenia turpistycznego antyrocka, rymującego pijane riffy z wokalami nieskoordynowanymi niczym poezja Beatników. Co najważniejsze, destrukcyjna siła “The Talkies” nie prowadzi do dającego poczucie ulgi katharsis. Zamiast tego, noise-rockowa odyseja prosto do piekła cały czas trzyma słuchacza na krawędzi fotela i każe liczyć wszystkie ciężkie wdechy i wydechy.

Nie zapomnijcie o Janusz Jurga – Hypnowald

Okazuje się, że mistrz leśnego ambient techno mieszka i tworzy w Polsce. Pochodzący z Rogowca twórca, odnajduje w elektronicznej stylistyce zaskakująco organiczne idee, portretujące jednocześnie fascynującą oraz niepokojącą esencję fauny i flory po zmroku. Swoje kompozycje opiera na pozbawionej przypisów abstrakcyjnej narracji, lecz obrazowość jego impresji, konstruuje w głowie słuchacza setki unikalnych, niespodziewanie klarownych historii. Zdarzają się tu takie momenty, kiedy forma utworów bardziej niż dokonania Wolfganga Voigta przypomina oniryczne radiowe słuchowisko.  

Fot.: TIDAL.com

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Gatunek-duch – o muzyce zapomnianej przez masy

Wszyscy wiemy, czym jest gatunek-duch. To niegdyś popularny styl, który z jakichś...
Czytaj wiecej