Nigdy cię tu nie było – bez trzymanki i po bandzie

Są takie filmy, które bardzo zapadają w pamięć. Nie wiem jak Wy, ale ja przede wszystkim tego oczekuję od kina, abym myślał o tym, co właśnie zobaczyłem. Nie zawsze muszą to być głębokie refleksje, po prostu dobrze, jak po filmie pozostaje jakiś ślad. Po jednej z premier tego tygodnia, na pewno pozostanie obraz w Waszej pamięci.

Lynne Ramsay, reżyserka głośnego “Musimy porozmawiać o Kevinie” z 2011 roku, zdecydowanie należy do twórczyń, które lubią szokować swoimi dziełami. Nic więc dziwnego, że właśnie takiego efektu można było się spodziewać po jej najnowszym filmie “Nigdy cię tu nie było”. Produkcja wyczekiwana tym bardziej, że główną rolę odegrał tu Joaquin Phoenix – jeden z najlepszych współczesnych aktorów jest niemal gwarantem wysokiego poziomu. Ja w każdym razie śledzę z uwagą wszystko, w czym mogę go zobaczyć. Tą produkcję również wpisałem na swoją „watchlistę” i umieściłem ją na wysokiej pozycji. Czy warto było czekać?

Dyst. Gutek Film

Od razu trzeba napisać, że jest to film bardzo surowy w swojej formie oraz bardzo brutalny. Bohater grany przez Phoenix’a to „ostatni sprawiedliwy”, jednak posiadający rozmaite wady i problemy. Były żołnierz nie może się odnaleźć w codziennej, zwykłej rzeczywistości, gdyż woja odcisnęła na nim swoje piętno. Dlatego też zajmuje się tym co umie najlepiej i wykorzystuje zdolności w jakie wyposażył go rząd. Jest płatnym najemnikiem i człowiekiem od czarnej roboty. W pewnym momencie zostaje wplątany w bardzo niebezpieczną grę i aferę na najwyższym szczeblu, przez co trafia na bardzo niebezpiecznych ludzi. Postanawia zrobić ze sprawą to, co umie – porządek.

Ten film przypomina mi nieco “Drive” Nicolasa Windinga Refna. Bohaterowie bardzo podobni – małomówni, skupieni, konsekwentni i z zamiłowaniem do narzędzi do wbijania gwoździ. Jednak w filmie Ramsay wszystko jest o wiele bardziej surowe i dające nam popalić. W wielu momentach czuje się, jakby twórcy po prostu wzięli z szafy kamerę i wyszli na ulicę kręcić film. Phoenix jest tu inny niż Gosling u Refna. Choć w ich cechach można dojrzeć pewne podobieństwa, to wizualnie od razu widać, że są ulepieni z innej gliny. Phoenix ma długie włosy, brodę i widać, że nieco się zapuścił ze swoją wagą. Nie ma tu teatralności z postaci kurtki ze skorpionem, estetyki i kolorów znanych z filmu Refna. Brud i przemoc.

Dyst. Gutek Film

Mimo wszystko film nie jest niczym nowym, co mogłoby mnie specjalnie zszokować. Jakby nie patrzeć, wszystko to już w kinie widzieliśmy i nawet brutalność nie musi tu robić na nas większego wrażenia. Ekspozycja postaci jest tu dość długa i tajemnicza, jednak ostatecznie nie zapada nam specjalnie w pamięć to, kim główny bohater jest, dlaczego robił to co robił, ani co z nim może później się wydarzyć. Ja byłem tego bardzo ciekaw, jednak nie otrzymałem odpowiedzi.

Na uznanie zasługuje jednak jedna z najpiękniejszych scen pogrzebu, jakie dane mi było oglądać w ostatnich latach. Na pewno zapamiętam ją na bardzo długo.

Finał rozczarowuje, ale mimo wszystko “Nigdy cię tu nie było” jest ciekawym filmem gatunkowym. Bardzo surowy w formie i grze aktorskiej, na pewno wyróżnia się na tle ostatnich produkcji, jakie mogliśmy oglądać. Pomimo tego, że nie polubiliśmy się na tyle, żebym miał do niego wracać, to myślę, że warto byście zwrócili na niego uwagę, wybierając się do kina. Mam tylko nadzieję, że macie mocne żołądki, na które nie będą miały wpływu widoki z niektórych scen.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Sztuką jest obronić temat

Na ekrany naszych kin wchodzi właśnie film „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”...
Czytaj wiecej