Nigel Stanford wizualizuje “One Hundred Hunters” nagraniami NASA

Kadr z nagrań NASA wykorzystany w teledysku do "One Hundred Hunters", fot. Nigel Stanford/Sony Masterworks
Kadr z nagrań NASA wykorzystany w teledysku do "One Hundred Hunters", fot. Nigel Stanford/Sony Masterworks
Lubicie muzykę elektroniczną? Nie musicie – po obejrzeniu teledysku do "One Hundred Hunters" i tak z wypiekami na twarzy przeszukacie Internet w poszukiwaniu innych utworów nowozelandzkiego wirtuoza ambientu. Nigel Stanford nie po raz pierwszy zachwyca wizualizacją swojej twórczości.

Urodzony w Wellington (Nowa Zelandia), ale urzędujący w Nowym Jorku Nigel Stanford nie lubi, gdy jego twórczość zaliczana jest do “muzyki tanecznej”. Szeroko pojęta elektronika jest co prawda gałęzią, na której muzyk wyrósł, lecz jego ambientowo-new age’owe ciągoty zdecydowanie nie ograniczyły się do sfery dźwiękowej. Od jakiegoś czasu premierom kolejnych jego singli towarzyszy spore poruszenie wśród internetowej społeczności. Miłość Nowozelandczyka do science fiction przelewana jest bowiem na wizualizacje jego utworów.

W 2014 roku Nigel Stanford zapewnił sobie prawdopodobnie największy wzrost popularności w trakcie swej (wówczas piętnastoletniej) kariery. Dzięki teledyskowi do utworu “Cymatics”, w którym muzykę wizualizowano dosłownie, w sposób fizyczny, artysta pokazał swoje naukowe zainteresowania. We wrześniu 2017 do odegrania kawałka “Automatica” zaprzęgnął natomiast robotyczne ramiona, co było kolejnym genialnym viralem. Współpraca z Shahirem Daudem (reżyser) zdecydowanie mu służyła, jednak w najnowszej odsłonie swojej twórczości Nigel Stanford po prostu przeszedł samego siebie.

Okładka płyty "Automatica" z której pochodzi utwór "One Hundred Hunters", fot. Nigel Stanford/Sony Masterworks
Okładka płyty “Automatica” z której pochodzi utwór “One Hundred Hunters”, fot. Nigel Stanford/Sony Masterworks

Najnowsze nagranie nieco odbiega od wspomnianych teledysków, które wydatnie pomogły w wypromowaniu Nowozelandczyka. Tym razem Nigel Stanford postanowił bowiem odpocząć od robotyki. W pewnym sensie. W przypadku “One Hundred Hunters” zdecydowano się na wykorzystanie archiwalnych filmów NASA, które nieco podrasowano. Za montaż odpowiada Ferand Peek. Być może jego nazwisko nie mówi wam zbyt wiele, ale CV zdecydowanie imponuje. Odpowiadał on między innymi za efekty specjalne w trylogii “Hobbit” Petera Jacksona, ma też na koncie świetnie przyjętą krótkometrażówkę “Mis-drop”. Doświadczenia w fantastyce – także tej naukowej – odmówić mu więc nie można.

W przypadku “One Hundred Hunters” znamienny zdaje się przede wszystkim podtytuł – “A visit from the Moon”. Archiwalne nagrania astronautów zostały bowiem zmontowane tak, by ukazać podróż w obie strony, ale… dzięki efektom specjalnym widzimy, że nie jesteśmy w kosmosie sami. Dziwne maszyny, wyglądem nawiązujące najpewniej do GLaDOS-a z serii gier “Portal”, eskortują Ziemian. Z Księżyca i z powrotem – fani teorii spiskowych muszą być wniebowzięci. Do tego w rolę astronauty wcielił się sam Nigel Stanford. Zobaczcie sami:

Stwierdzenie, że dzięki teledyskowi do “One Hundred Hunters” Nowozelandczyk się wybije, byłoby sporym nadużyciem. Nigel Stanford na rynku muzycznym działa od 1999 roku, a w trakcie ostatniej dekady zdecydowanie zaskarbił sobie miłość fanów elektroniki. Jego New Age’owe i ambientowe, czasem ocierające się o trance, kompozycje zyskały na świecie wielu fanów. Na Facebooku poczynania muzyka śledzi ponad 350000 osób! Genialne teledyski z pewnością jednak nie szkodzą w viralowym rozprzestrzenianiu się jego muzyki.

 

Źródło: nigelstanford.com

Autor artykułu
More from Damian Halik

“Oblivion Song” – nowy projekt twórcy “The Walking Dead”

Robert Kirkman nie zwalnia tempa. Jeden z najgłośniejszych twórców komiksów XXI wieku,...
Czytaj wiecej