O Kolei Transsyberyjskiej

Na liście 100 rzeczy, które zrobię w życiu w moim zeszycie od zawsze widniała pozycja „podróż koleją transsyberyjską”. Wiecie, jak z taką podróżą jest – może i chciałbym/chciałabym, ale to tak bardziej deklaratywnie niż naprawdę, albo – ciocia niezdrowa i w tym roku nie mogę, albo cośtam, albo brak czasu na przygotowanie, przemyślenie, itepe itete. Czas jednak płynie nieubłaganie, postanowiłem się zatem w tej sprawie ogarnąć, nie odkładać tego do świętego nigdy, stworzyć plan, zrealizować go - i… mam to doświadczenie już za sobą. Jak było?

Cóż, chyba się spóźniłem kilka lat, szczególnie gdybym miał szukać w tej podróży rosyjskiego „autentyzmu”. Dziś bowiem podróż koleją transsyberyjską nie jest doznaniem specjalnie egzotycznym, raczej dość męczącym, i – choć wagony są i nowe i nowoczesne, ze wszelkimi udogodnieniami, to pociąg – jak to pociąg – szarpie, troszkę rzuca, w nocy więc nie było łatwo. Za to przeczytałem kilka książek, na które nigdy nie było czasu, a widoki za oknem, szczególnie minąwszy Ural, zapierały dech w piersiach, Syberia z okna pociągu jest bajeczna.

Mam dla chętnych kilka informacji praktycznych, samodzielnie tę podróż zorganizowałem i wydaje mi się, że moja opcja jest kosztowo optymalna.

Najpierw musimy uzyskać rosyjską wizę

Co prawda, Rosja się otwiera coraz szerzej na turystów,  w reżimie bezwizowym można pojechać do St. Petersburga, Władywostoku i Kaliningradu, ale do odwiedzenia Moskwy i reszty kraju – wiza jest wciąż potrzebna. Można ją wyrobić w konsulatach, bądź skorzystać z centrów wizowych (tu dopłata), albo – z pośrednictwa biur podróży (także z dopłatą, niekiedy dość znaczną).

Do wizy będziemy potrzebować vouchera, w pewnym uproszczeniu mówiąc – dokumentu poświadczającego wykupienie usług turystycznych, ale de facto chodzi o to, że biuro podróży wystawiające tenże dokument po prostu bierze na siebie odpowiedzialność za nasz pobyt na terytorium Federacji Rosyjskiej.  Voucher możemy łatwo kupić przez Internet, warto porównać ceny, bo ich rozpiętość jest znaczna;  niezbędne jest także ubezpieczenie na każdy dzień planowanego pobytu. Na wizę czeka się około tygodnia, dodajmy, że na wizytę w konsulacie (w każdym razie w Warszawie) zapisujemy się przez Internet.

Kupno biletów kolejowych to wręcz bułka z masłem, wszystko na stronie kolei rosyjskich, jest oczywiście wersja angielska, cały proces jest jasny, łatwy i przejrzysty. Wybieramy kierunek, np. Moskwa-Władywostok, datę, klasę podróży, miejsce, klikamy i płacimy. Niestety nie można przez Internet kupić biletów ani do Ułan Bator ani do Pekinu, czyli na trasach międzynarodowych, w takim wypadku zostaje skorzystanie z usług biur podróży, które niestety liczą sobie dość znaczne marże, sięgające – jak sprawdzałem – nawet 100%. Sugerowałbym zatem, żeby wybrać się np. do Brześcia, Grodna bądź Kaliningradu, gdzie na dworcu kolejowym kupimy żądany bilet w cenie rynkowej.

Przebieg trasy kolei transsyberyjskiej

Ja pojechałem do Władywostoku pociągiem Rossija o numerze 001/002, najdroższym na tej trasie, z wagonami klas 1, 2 i 3. Jednak to nie jedyna możliwość dotarcia z Moskwy nad Pacyfik, pociągów – mniej prestiżowych i dlatego (znacznie) tańszych, jest więcej, pamiętać trzeba, że ceny są ruchome i zależą od terminu wyjazdu, różnica między sezonem niskim a wysokim (np. wakacje) jest dość znacząca, nawet dochodzi do 30%.

Bilet 1 klasy kosztował mnie około 530 USD, ale sprawdzałem na styczeń – jest droższy o kolejne 300 USD, więc – spójrzmy prawdzie w oczy – dość drogo, nawet biorąc pod uwagę dystans, jaki mamy do pokonania. Klasa druga jest znacząco tańsza, bilet kosztuje ok. 250 USD, bilet klasy trzeciej natomiast – nawet niecałe 90 USD, co prawda będą to miejsca najmniej pożądane w otwartym wagonie, ale – jak widać – można tę podróż odbyć też bez zbytniego nadwerężenia portfela.

W klasie pierwszej w przedziale są dwa łóżka obok siebie, telewizor z trzema kanałami, jeden wliczony posiłek w trakcie całej podróży i zestaw z kapciami, herbatą, szczotką do zębów itd. W klasie drugiej w przedziale są cztery łóżka, (dodajmy, że w kolejach rosyjskich nie ma podziału na płcie), a w klasie trzeciej – może wraz z nami podróżować około 50 osób. Podróżnicy zachęcają do przejażdżki właśnie ową płanckartą, bo to doświadczenie „unikatowe”, jednak – kolejki do toalety, zapach jedzenia czy hałas wstających i kładących się oraz rozmawiających przez telefony oraz inne niedogodności podróżowania w takiej kupie poputczików (współpodróżnych) – były dla mnie średnio zachęcające, więc pojechałem klasą pierwszą (raz się żyje).

Zaopatrzony niczym na wojnę, z kilkoma torbami jedzenia i picia rozmaitego zjawiłem się na Dworcu Jarosławskim, skąd pociąg do Władywostoku wyrusza o 23.45, i istotnie – odjechał punktualnie. Tony prowiantu wziąłem niepotrzebnie, bo Rossija prowadzi wagon restauracyjny, w którym można się stołować w dość atrakcyjnych cenach, jedzenie jest świeże, niezłe, akurat na naszym przebiegu był świetny kucharz. Są podawane wszystkie posiłki, jest i alkohol, uwaga – dość w Rosji drogi, w każdym razie w lokalach, a zatem i pociągu, półlitrowe piwo kosztuje 250-300 rubli (1 PLN = 16 RUB).

U prowadników są też do kupienia zupki chińskie, napoje, przekąski a nawet lody. Na stacjach natomiast – i to jest ten element nostalgiczny, a raczej jego brak – babuszek sprzedających gorące jedzenie już nie ma. Ta forma handlu została jakiś czas temu zabroniona z powodów sanitarnych. Pozostają więc, czynne najczęściej całą dobę kioski i bufety, na mijanych stacjach. Tam można uzupełnić zapasy, kupić smutne kawałki kurczaka, pierożki, owoce czy co tam kto chce. Trzeba jednak dokładnie się dowiedzieć, jak długi jest postój, od prowadników nie udało mi się dowiedzieć, jaka jest procedura, gdy turysta zaopatrujący się na dworcu w żywność nie zdąży wrócić do swojego przedziału i pociąg odjedzie bez niego.

Nie wiem, jaka jest sytuacja w wagonach klasy trzeciej, być może trwa tam nieprzerwanie sześciodniowa impreza, w co wątpię. W każdym razie, wagon restauracyjny podczas wszystkich moich odwiedzin był zupełnie pusty. Panie kelnerki – owszem – miały zajęcie, bo roznosiły po całym składzie zamawiane posiłki, ale jeśli sądzicie, że alkohol leje się podczas podróży strumieniami, mylicie się.

Nasi prowodnicy odmówili wypicia nawet małego kieliszka szampana na przywitanie nowego roku i wyobraźcie sobie – urządzili sobie prywatkę przy herbacie i sałatce warzywnej. Może to wszystko wygląda inaczej w tych najtańszych pociągach, ale nie mam tej pewności. W każdym razie, w jednym z wagonów, są dwa przedziały z prysznicami z ciepłą wodą, za opłatą (ok. 10 zł) można z takiego pomieszczenia skorzystać.

A poza tym – po prostu się jedzie, stuku tuk, stuku tuk… i już

Mija się wielkie miasta, wielkie rzeki, mija Bajkał, przejeżdża przez wiadukty i tunele, piękne zimowe dni trwają krótko, więc wieczorem czyta się książki, ogląda Wilka i Zająca, gra w gry czy kto co tam chce. Najbardziej mi przeszkadzało, przyznam, mijanie stref czasowych, a podczas tej podróży przejeżdża się przez aż osiem. Bo – jakkolwiek taka podróż jest wydarzeniem pewnego rodzaju poza czasem, donikąd się nie spieszymy itd., to jednak jakoś tak komfortowo jest wiedzieć, którą mamy godzinę. Tymczasem – prowodnik nie zawsze przestawił analogowy zegar w korytarzu, a telefon komórkowy koncertowo wariował, owszem, dając sobie radę z czasem moskiewskim, ale z lokalnym – już nie za bardzo.

9288 kilometrów z niewielkim hakiem pociąg mój pokonał w 6 dób i 4 godziny, przybywając do stacji końcowej z niewielkim, czterogodzinnym opóźnieniem. Wróciłem samolotem, gdybym kolejnych 6 dni miał spędzić w pociągu, nawet najbardziej wyrafinowanym, chyba bym zwariował.

Checked.

More from Rafał Turowski

Czarownice z Eastwick w Syrenie

Mamy w Warszawie nową scenę musicalową. I bardzo dobrze, bo pojemność Romy...
Czytaj wiecej