“Ostatniej nocy w Soho” – mroczna strona swingującego Londynu [Recenzja]

Ostatniej nocy w Soho, Edgar Wright
Fragment plakatu do filmu "Ostatniej nocy w Soho" (reż. Edgar Wright, 2021)
Edgar Wright powraca z nowym filmem. Tym razem jednak proponuje widzom opowieść grozy osadzoną na dwóch płaszczyznach czasowych: w szalonych latach 60. i we współczesnym Londynie. Czy jest się czego bać?

Film “Ostatniej nocy w Soho” to historia dwóch młodych dziewczyn. Zafascynowana modą Eloise (Thomasin McKenzie) dostaje się na wymarzone studia i wyjeżdża do Londynu. Wycofana dziewczyna nie znajduje jednak porozumienia z zarozumiałymi i głośnymi studentami pierwszego roku. Opuszcza więc akademik, zatrudnia się w barze i wynajmuje pokój u miłej staruszki (Diana Rigg) w dzielnicy Soho.

Po przeprowadzce zaczyna mieć dziwne sny. Widzi w nich początkującą piosenkarkę Sandie (Anya Taylor-Joy), która żyje w latach 60. i – podobnie jak Eloise – goni za marzeniami. Mroczne oblicze showbiznesu szybko wychodzi jednak na jaw, a Londyn okazuje się naprawdę niebezpiecznym miejscem… dla obu dziewczyn.

Stylowa groza

Thomasin McKenzie, Ostatniej nocy w Soho, Edgar Wright, Focus Features
Thomasin McKenzie w filmie “Ostatniej nocy w Soho” (reż. Edgar Wright, 2021), fot. Focus Features

Edgar Wright lubi czerpać z kina gatunkowego pełnymi garściami. W Trylogii Cornetto (2004-2013) żenił komedię z filmami o zombie, kinem policyjnym i apokaliptycznym. W “Scott Pilgrim kontra świat” (2010) wykorzystał estetykę gier video, a w “Baby Driver” (2017) stworzył własną definicję musicalu. Również w “Ostatniej nocy w Soho” nie ucieka od gatunkowych zasad – jak zawsze interpretuje je jednak po swojemu.

Jego najnowszy film to stylowy horror. Nie ma tu wielu jumpscare’ów ani krwawych scen. Groza przez większość czasu jest subtelna, czai się gdzieś na granicy kadru. Elementy horrorowe funkcjonują bardziej jako oddanie klimatu niesamowitości niż coś namacalnego i widocznego na ekranie. Z czasem ta strategia ulega zmianie – zwłaszcza gdy dwie płaszczyzny czasowe zaczną się przenikać, a wydarzenia nabiorą rozpędu.

Z miłości do starych piosenek

Anya Taylor-Joy, Matt Smith, Ostatniej nocy w Soho, Edgar Wright, Focus Features
Anya Taylor-Joy i Matt Smith w filmie “Ostatniej nocy w Soho”, fot. Focus Features

“Ostatniej nocy w Soho” to również list miłosny do lat 60. – tamtych czasów, tamtego kina, tamtej muzyki. Na drugim planie zobaczymy weteranów brytyjskiej sceny: Dianę Rigg (niestety w swej ostatniej roli), Ritę Tushingham i Terence’a Stampa. Do tego dochodzi Matt Smith (znany z kultowego serialu “Doctor Who”). W fabule łatwo odnaleźć analogie do “Wstrętu” Romana Polańskiego zrealizowanego w 1965 roku w Wielkiej Brytanii.

Strona muzyczna zasługuje na osobny akapit. Film wypełniony jest starymi piosenkami, zarówno w warstwie diegetycznej (gdy muzyka ma źródło w świecie filmu), jak i poza nią (gdy piosenki służą ilustracji poszczególnych scen i nadają im dodatkowego znaczenia). Już w “Baby Driverze” Wright udowodnił, że dzięki muzyce można zupełnie inaczej interpretować pozostałe elementy filmu. Tam piosenkom był podporządkowany montaż filmu. W “Ostatniej nocy w Soho” ścieżka dźwiękowa pozwala na ewokowanie nostalgicznego nastroju, zwiększa immersję, a także stanowi pomost między współczesną częścią filmu a tą, która rozgrywa się w latach 60.

Wright na potrzeby filmu wybrał ponad dwadzieścia utworów, które usłyszymy w trakcie oglądania jego najnowszej produkcji. Kawałków, które go inspirowały, jest jednak aż sześćdziesiąt – wszystkie można znaleźć na specjalnej playliście na Spotify, którą przygotował sam reżyser. Warto również zaznaczyć, że tytuł filmu nawiązuje do piosenki grupy Dave Dee, Dozy, Beaky, Mick & Tich. Pomysł, by wykorzystać go w filmie, należał do samego Quentina Tarantino.

Ten sam, a jednak inny Wright

Anya Taylor-Joy, Edgar Wright
Fragment grafiki promocyjnej “Ostatniej nocy w Soho” (reż. Edgar Wright, 2021).

Oglądając “Ostatniej nocy w Soho”, trudno nie zauważyć ewolucji Edgara Wrighta. Z jednej strony mamy tu wszystkie charakterystyczne elementy dla jego stylu. Wysmakowane ujęcia, dynamiczny montaż (choć znacznie ograniczony), dużo hitów na ścieżce dźwiękowej. Z drugiej jednak strony to prawdopodobnie najbardziej dojrzały film Brytyjczyka. Nie tak szalony i efekciarski jak jego poprzednie produkcje. O wiele bardziej subtelny w środkach wyrazu i poważniejszy w warstwie fabularnej. Wewnętrzne demony, zagubienie w rzeczywistości, przemoc seksualna – to tematy, z którymi muszą mierzyć się bohaterki “Ostatniej nocy w Soho”.

Jednocześnie Wright wciąż uwodzi niemal dziecięcą fascynacją kinem, zachwycając sprawnością opowiadania. Zgrabnie wykorzystuje lustrzane odbicia, kolorowe neony i – oczywiście – tonę popowych hitów, by oczarować widza. Tworzy niezwykle stylowy i klimatyczny horror, czerpiący z klasyki gatunku, ale opowiedziany w nowoczesny sposób. Wrightowi udaje się na dwie godziny przenieść widza do mrocznego Londynu po drugiej stronie lustra. Miejsca, gdzie najpiękniejsze marzenia mogą w mgnieniu oka zmienić się w najgorsze koszmary.

Autor artykułu
More from Jan Sławiński

“Jeźdźcy sprawiedliwości” – okrutny chichot losu [Recenzja]

Po krótkim romansie z Hollywood Anders Thomas Jensen wraca do rodzimej Danii...
Czytaj wiecej