“Otwórz oczy” – nie każdy zasługuje na drugą szansę [Recenzja]

Druga Szansa, Otwórz oczy, Netflix
Pacjenci Drugiej Szansy – kadr z serialu "Otwórz oczy", fot. Netflix
Najnowszy polski serial od Netflixa to produkcja pełna paradoksów – liczne klisze dostrzeże nawet mało wprawiony widz, ale wielu i tak uzna je za artefakty nostalgii; z kolei retrofuturystyczna stylistyka zaciekawi, choć po chwili zbombarduje nas skojarzeniami z tytułami, w których już to wszystko widzieliśmy – a mimo to "Otwórz oczy" potrafi zachwycić, choć zdecydowanie nie każdego.

Netflix zakończył lato premierą polskiego serialu idealnie pasującego do tego okresu – teen dramą z elementami grozy. Nie, to zdecydowanie nie polskie “Stranger Things”, a raczej “Tajemnica Sagali” na psychotropach, choć skojarzeń jest więcej. O ile “Otwórz oczy” nie jest pierwszym serialem, jaki zobaczycie w swoim życiu, to nieodparte poczucie filmowego déjà vu będzie się za wami ciągnąć przez cały, sześcioodcinkowy sezon. Sam zresztą nieprzypadkowo dość długo (prawie dwa tygodnie) zwlekałem z obejrzeniem nowej produkcji Netflixa.

Już tytuł serialu Anny Jadowskiej i Adriana Panka, o trzonie fabuły nie wspominając, jest dla mnie kliszą – by nie użyć mocniejszego określenia. Przypomina mi bowiem jeden z moich ulubionych filmów, który zresztą doczekał się też amerykańskiego remake’u. To był dla mnie wystarczający powód, by odpuścić sobie seans. Ostatecznie jednak zaskoczył mnie dobry odbiór serialu połączony z mocno spolaryzowanymi opiniami widzów. Tak jak główna bohaterka drążyła temat niepokojących wydarzeń w ośrodku Druga Szansa, tak i ja zacząłem własne śledztwo.

Zagraj to jeszcze raz, Mario

Maria Wawreniuk, Otwórz oczy, Netflix
Główna bohaterka serialu “Otwórz oczy” w towarzystwie panów sanitariuszy, fot. Netflix

Akcja “Otwórz oczy” od razu zabiera nas do ośrodka leczenia amnezji Druga Szansa – bezimienną główną bohaterkę (Maria Wawreniuk) budzi lektor przypominający jej te elementy przeszłości, które sama już odkryła. Sala nie wygląda jakoś szczególnie przyjaźnie, a dziewczyna jest wyraźnie zagubiona. Po wyjściu ze swojego pokoju błąka się po pustych korytarzach ośrodka, podążając za muzyką. W końcu spotyka też innych pacjentów – tak zaczyna się nawiązywanie przyjaźni.

Z czasem N/N uznaje, że ma na imię Julia i pod tym imieniem występuje przez większość sezonu. Mimo leków i dość miłej atmosfery dziewczyna uskarża się jednak na halucynacje, słyszy też głosy – w tym regularnie powtarzające się otwórz oczy. Zaczyna więc szukać ich źródła, przy okazji odkrywając, że Druga Szansa nie jest aż tak przyjaznym miejscem. Tu zresztą dobrze rezonują wystrój wnętrz i beznamiętne wyrazy twarzy u sanitariuszy – grupy łysych, mocno przypakowanych panów, którzy pilnują, by pacjentom nie działa się krzywda. Największą krzywdą jest oczywiście zadawanie pytań i poszukiwanie na nie odpowiedzi, podważanie wykreowanej w ośrodku rzeczywistości pachnie bowiem schizofrenią.

Wróćmy jednak do mojego skojarzenia. Przyznaję, że po seansie myśli o podobieństwa do “Abre los ojos” Alejandro Amenábara nieco ucichły. Ta historia może być wam także znana z hollywoodzkiego remake’u, w którym na początku XXI wieku wystąpił Tom Cruise – “Vanilla Sky”. Tam główny bohater także zmaga się z traumą, także ma niepokojącego psychiatrę; oczywiście słyszy też głos powtarzający otwórz oczy; i ostatecznie także dąży do wyrwania się z nierealnej rzeczywistości, odkrywając przed nami elementy retrofuturyzmu – tyle że ukrytego do momentu przebudzenia.

Co więcej, tytuł hiszpańskiego filmu dosłownie oznacza “Otwórz oczy”!

Podobieństwa fabularne są natomiast uderzające. Uznajmy to jednak za pewien trzon, kliszę wykorzystywaną od dekad. Tytuł niech zaś będzie przejawem paratekstualności; osobliwym easter eggiem. Czy to pomaga? Niekoniecznie. Podobieństwo bowiem nie zniknęło. Zostało jedynie rozmyte innymi kliszami i podobieństwem do znacznie większej liczby tytułów.

Witaj, wędrowcze. Czego szukasz w latach dziewięćdziesiątych?

Otwórz oczy, Netflix
Maria Wawreniuk w scenie z serialu “Otwórz oczy”, fot. Netflix

Nostalgii nigdy dość – tak przynajmniej twierdzą twórcy współczesnych filmów i seriali. “Otwórz oczy” i pod tym względem nie wyróżnia się jakoś szczególnie. Serial jest oczywiście kręcony na współczesną modłę, nie brak tu powolnych najazdów i szerokich kadrów. Szczerze mówiąc, zdążyłem już zapomnieć, czy były także ujęcia z drona – ale w ciemno strzelam, że tak. Niemniej zdjęcia to jeden z lepszych elementów polskiej produkcji.

Kolejnym jest scenografia, która również mocno imituje utrwalony już w kinematografii retrofuturyzm, ale robi to w przyjemny dla oka sposób. Dość dobrze wydarzenia oddaje także muzyka, ale na tych trzech elementach lista zalet się wyczerpuje. Realizatorsko serial nie odbiega jakoś drastycznie od tego, co widywaliśmy już w młodzieżowych produkcjach z lat 90. Ba, pewne elementy stylistyki wręcz usilnie imitują tamte czasy, a główna bohaterka – zapewne przez fryzurę i niektóre stroje – mocno mi przypomina Kubę z “Tajemnicy Sagali”.

Wiele można zarzucić także aktorstwu. Odtwórczyni głównej roli (Maria Wawreniuk) jest debiutantką i to zdecydowanie widać. Momentami wypada świetnie, chce nadać postaci wyrazistości, często jednak przesadza – jej gra jest aż nadto teatralna, a mimika nieadekwatna. Szczególnie dobrze te niedociągnięcia maskują wspólne sceny z Adamem (Ignacy Liss). Widać między nimi chemię, gra jest o wiele naturalniejsza. To jednak niewielkie pocieszenie, kiedy dostrzeżemy, że tak jak wykreowana w Drugiej Szansie rzeczywistość, tak i postaci drugoplanowe są zwyczajnie kartonowe. Sytuacji nie ratują też bardziej doświadczeni aktorzy (Marcin Czarnik i Marta Nieradkiewicz), którzy oczywiście wypadają lepiej od młodzieży, ale nie wysilają się na odgrywanie ról życia. Najciekawszą kreacją jest tu chyba Magda (Sara Celler-Jezierska) – choć złośliwi powiedzą, że granie schizofreniczki wśród względnie zdrowych po prostu bardziej rzuca się w oczy.

Najgorsza okazuje się fabuła

Otwórz oczy, Netflix
Adam (Ignacy Liss) i Julka (Maria Wawreniuk), fot. Netflix

Klisze, klisze, klisze. Ciągłe zapożyczenia mogą zmęczyć widza, dla którego “Otwórz oczy” nie jest pierwszym serialem w życiu. Co jednak najciekawsze, nawet sprawdzone motywy można zrealizować kiepsko. Serial mocno kuleje pod względem fabularnym. Pierwsze cztery odcinki są powolne, próbując wyeksponować nie najlepiej napisane postaci, po czym akcja nabiera tempa w piątym odcinku… by znów zwolnić w finale, serwującym nam zresztą mocno ograne twisty.

Serial jest adaptacją książki popularnej wśród młodzieży Katarzyny Bereniki Miszczuk. Nie wiem, w jakim stopniu problem leży właśnie w materiale źródłowym, a w jakim w jego próbie przełożenia na język filmu. Wiele elementów układanki jest nam jednak podawane wręcz na tacy, a kolejne zwroty akcji są dość przewidywalne. Jest na tyle źle, że wprawny widz już mniej więcej w połowie może domyślać się zakończenia. Nie mniej przewidywalny jest zresztą finalny twist, będący zarazem cliffhangerem. Autorzy bez wątpienia chcieliby dostać drugą szansę, ale nie jestem przekonany, że na nią zasługują.

Jakim więc cudem przeciętna produkcja zgarnia naprawdę dobre oceny, ale też nie budzi mieszanych uczuć, lecz dzieli widownię na tych zachwyconych i zażenowanych? Cóż, wygląda na to, że “Otwórz oczy” odegrał swoją rolę. Zapewnił rozrywkę młodzieży, która właśnie takich eskapistycznych tematów łaknie, nawet jeśli starsi widzowie wiedzą, że to odgrzewany kotlet. Oni przecież też mieli swoje perełki, którymi fascynacji nie rozumieli jeszcze starsi. I tak to się kręci. Nowa produkcja Netflixa nie oferuje zbyt wiele, starszą widownię wręcz odrzuca, ale dla grupy docelowej jest po prostu kusząca.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Mission Critical – nosidełko dla taty od zadań specjalnych

Dzień Ojca zbliża się wielkimi krokami, może więc pora zastanowić się nad...
Czytaj wiecej