“Pełnia” – Smolasty oferuje konwencjonalne r&b

Smolasty - Pełnia
Wschodząca gwiazda polskiej muzyki wciąż nie może uwolnić się od gatunkowych schematów.

R&B jest zdecydowanie mocno niezagospodarowanym obszarem rodzimego rynku muzycznego. To stylistyka, z którą wielu krajowych twórców flirtuje, lecz prawie nikt nie oddaje jej całego serca i duszy. W Warszawie rezyduje jeden z tych nielicznych lokalnych krzewicieli filozofii The Weeknd – Norbert “Smolasty”.

Stołeczny wokalista, raper oraz producent przed laty wyrobił sobie markę, działając w podziemiu, a dziś figuruje w górnych pozycjach ekstraklasy głównego nurtu.

Smolasty w singlowym duecie z Ewą Farną

Nic więc dziwnego, że będąca jego najnowszym dzieckiem “Pełnia” wyraźnie zmierza ku masowej przyswajalności, zagwarantowanej przez cukierkowe melodie i współpracę z Robertem Gawlińskim.  

Takie numery jak “Tusz” albo właśnie tytułowa “Pełnia” rzeczywiście mogą się podobać. Łączą je przecież komponenty wyjęte prosto z elementarza “radiowego” (“youtube’owego”?) popu. Posiadają dynamiczne, pop-trapowe podkłady, ważne gościnne nazwiska i bombastyczne refreny skrojone pod spotify’owe playlisty.

Czar jednak pryska, gdy potraktujemy album jako całościowy produkt.

Okaże się wtedy, że autor krążka powtarza singlowy przepis na sukces w każdej kolejnej piosence. Kompozycyjne repetycje wywołują u słuchacza wrażenie egzystowania w syzyfowym zapętleniu – prolog następnego utworu do złudzenia przypomina epilog poprzedniego i tak w kółko.

Smolasty prezentuje światu głośną kooperację z Robertem Gawlińskim

“Pełnia” niestety cierpi na niedobór formalnej inwencji. Smolasty w ogóle nie ma ochoty na redefiniowanie patentów pożyczonych od modnych, amerykańskich produkcji. Jego kreatywność ogranicza się do odtwarzania klisz popularnej stylistyki. Zamiast zbudować ze schematów solidny wstęp do dalszych eksploracji, widzi w nich ostateczny cel artystycznej podróży. 

Muzyka Norberta Smolińskiego nie przekonuje również przez absolutny brak charyzmy autora.

Owszem, specyfika gatunku, który uprawia, zakłada pewnego rodzaju powierzchowność. Największe gwiazdy r&b często balansują na granicy banalności, wyśpiewując pobieżne, hedonistyczno-erotyczne hymny. Natomiast udaje im się uniknąć wpadnięcia w pułapkę trywialności dzięki magnetycznym osobowościom. Ich swada oraz szelmowski uśmiech osładzają nawet najbardziej sztampowe, sączące się z głośników wersy. 

Tymczasem Smolasty przypomina trochę Keanu Reevesa. Kanadyjskiego aktora (podobnie jak polskiego wokalistę) charakteryzuje sceniczna przeźroczystość, uatrakcyjniona jedynie przez odpowiednie rekwizyty, a także widowiskową fabularną konwencję. Bez tych udogodnień ulubieniec Hollywood byłby po prostu mało interesującym “everymanem”, który niczym Warszawiak nie ma do zaoferowania odbiorcy nic ponad rozrywkę na przeciętnym poziomie.

Tak więc naprawdę szkoda, że Smoła nie znalazł jeszcze kompetentnego reżysera, który potrafiłby wymodelować mu sukces. Będąc jednocześnie sterem, żeglarzem i okrętem strzela do własnej bramki, gdyż wyraźnie nie ma narzędzi, by samodzielnie uciec od tuzinkowości.

Utwór zamykający album “Pełnia”
Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Kobiety przejmują amerykański hip-hop

Kobiety już nie są postaciami drugoplanowymi amerykańskiego hip-hopu. Obecnie to właśnie one...
Czytaj wiecej