Performerska dusza Quebonafide

Quebonafide, Kuba Grabowski
Kuba Grabowski, fot. z Twittera muzyka
Quebonafide przychodzi do telewizji śniadaniowej i odgrywa rolę siebie samego sprzed dekady. Quebonafide ogłasza koniec kariery i zapowiada rozpoczęcia nauki na studiach medycznych. Quebonafide wyrusza w tournée po małych miejscowościach i udaje stereotypowego, gminnego wodzireja...

Oto kilka przykładów na to, że jeden z najpopularniejszych polskich raperów bardzo pragnie, by uznawano za kogoś więcej niż rapera. Dokładniej rzecz biorąc, Kuba Grabowski strasznie chciałby być rapowym importerem sztuki performance’u. Kimś, kto nie tylko składa chwytliwe rymy pod seksowne bity jako Quebonafide, ale na dodatek potrafi wykreować fascynujące sceniczne Ja. Kimś, kto w swoich awangardowych estetycznie inspiracjach nie zatrzymuje się na (również teatralno-performatywnym, ale jednak wciąż hip-hopowym) Kanye Weście, a poszukuje dalej. Nosi na czole Kaufmana, na t-shircie Abramović, a gdzieś po kieszeniach chowa kulturowe ścinki pozostałe po Stanisławskim.

Jego flirt z aktywnością performerską jest jednak dość powierzchowny

Quebonafide w klipie do utworu „Jesień”

Kończy się właściwie tam, gdzie pełnokrwisty performance zazwyczaj dopiero się zaczyna. Przede wszystkim estradowym i telewizyjnym monodramom Quebo brakuje pierwiastka autorskiej kruchości. Nie ma w nich choćby szczypty ekshibicjonizmu, choćby odrobiny emocjonalnej autoagresji – elementów kluczowych dla gatunku sztuki, którą próbuje reinterpretować ciechanowski MC. Słynne prowokacje Andy’ego Kaufmana wywoływały uczucie dyskomfortu, nie dlatego, że atakowały widownię. Wręcz przeciwnie – bohater biograficznego filmu „Człowiek z księżyca” przywodził na myśl estradowego samobójcę.

Kaufman na żywo rozpisywał intrygująco paradoksalną narrację. Przywdziewając maskę błazna, jednocześnie ściągał wszystkie swoje charakterologiczne maski i mentalnie obnażał się przed odbiorcą. Pokazywał swoją niedoskonałość, niemoc, nieudacznictwo (objawiało się to dowcipami bez puent oraz puentami bez dowcipów). Miał odwagę uczynić ze swoich kompleksów katartyczny spektakl, oczyszczający zarówno dusze widowni, jak i samego artysty. Tymczasem działania Quebo przypominają raczej występy średniej klasy stand-upowych komików.

Zdjęcia z małomiasteczkowej trasy Quebonafide, fot. GlamRap

Raper niby przykłada do siebie autoironiczne lustro (np. wraca do obciachowego wizerunku sprzed lat), ale w rzeczywistości bohaterem dowcipu nie jest on sam, a widz. Jego performerskie popisy trzymają się bezpiecznej estetyki postmodernistycznego mrugnięcia okiem. Na pierwszy rzut oka śmieje się z siebie, ale w istocie nabija się z niczego nieświadomych widzów telewizji śniadaniowej, którzy nie mają pojęcia, kim w ogóle jest pan Quebo. Teoretycznie dając jako Kuba Grabowski koncerty w małych miejscowościach (do których nigdy nie zajrzałby jako Quebonafide), zaprasza słuchaczy do gry z konwencją, lecz tak naprawdę parodiuje rzekomo niewyszukaną, małomiasteczkową kulturę.

Ten wydmuszkowy typ performance’u jest więc tylko zwykłym trollingiem

Prowokacyjny skecz Andy’ego Kaufmana

Prowokacją dla prowokacji, której bliżej do dzieł youtube’owych pranksterów czy hejterów z sekcji komentarzy popularnych mediów społecznościowych niż do dokonywanego publicznie aktu transgresji. To zwykły trolling, z tym że uprawiany w skali gwiazdorskiej. Wyłącznie dzięki tak wielkiemu popkulturowemu posłuchowi jest on uznawany za interesujący, autokreacyjny eksperyment, którym interesują się nawet reżyserzy teatralni.

Quasi-performance’owym odlotom Quebo brakuje zacięcia dekonstrukcyjnego

Archiwalne nagrania gdańskiego Totartu

Są zbyt emocjonalnie miałkie, by mogły dotknąć sedna performerskiego problemu, czyli tożsamościowej kruchości artysty. Nie ma w nich śladu charakterystycznego, autoterapeutycznego rytuału, który definiował działania wiedeńskich akcjonistów czy członków gdańskiej formacji Totart. To raczej po prostu parodystyczne, biograficzne retrospekcje, generowane przez jednoosobowy kabaret. Podczas gdy nestorzy performance’u przez lata boksowali się ze swoim ego, polski raper uprawia ten rodzaj sztuki na pół gwizdka i karmi ego słodkim, artystycznym samozachwytem.

Performance Quebo jest więc performance’em wykastrowanym. Wykastrowanym z możliwości przekroczeń mentalnych, cielesnych, duchowych. To przykład konstrukcji zbudowanej ze źle dobranych części zamiennych. Twórcza autodestrukcja została zamieniona na masaż ego, a potencjalne katharsis po obu stronach sceny na pseudokabaretowy rechot. Jeśli tak ma wyglądać performerska strona polskiego hip-hopu, to idące w tę stronę eksperymenty są grą niewartą świeczki. 

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Zawsze będziemy pamiętać o SOPHIE

Ikona współczesnej elektronicznej awangardy zmarła w wyniku tragicznego wypadku. Podczas gdy przyjaciele...
Czytaj wiecej