Pewnego razu w… Hollywood

Lubię, kiedy filmy dzielą publiczność. To dowód na to, że nie są jednoznaczne i mogą być dobrą okazją do dyskusji. Najnowszy film Quentina Tarantino już od pierwszych pokazów udowodnił, że będzie o czym rozmawiać.

Tarantino jest bez wątpienia reżyserem, który na stałe zapisał się na kartach historii kinematografii. Całe Hollywood nie ma drugiego takiego twórcy, który mógłby się z nim równać. Człowiek, który „uczył się kina“ z filmów z kaset VHS, gdy pracował w wypożyczalni, od którego czuć olbrzymią miłość do X muzy, ale taką jaką może mieć każdy z nas – widzów. On nie uczył się niczego w szkołach filmowych. Jest samoukiem, który przy okazji stał się jednym z najważniejszych twórców swojego pokolenia. Już w 1994 roku, kiedy zdobył Złotą Palmę w Cannes, wiadome było, że może nas w przyszłości nie raz zaskoczyć.

“Pewnego razu w… Hollywood“ dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Indywidualista

Tak też się stało. Do dziś Tarantino stworzył 9 filmów pełnometrażowych i o każdym z nich można pisać długie rozprawy i prowadzić wielogodzinne rozmowy. Praktycznie żadnego filmu w jego dorobku nie można porównać z niczym innym. Zachowuje on przy tym swój rozpoznawalny styl, estetykę i oczywiście niesamowicie osobiste podejście do kina. Czy tak jest również w przypadku „Pewnego razu w… Hollywood“ – jego dziewiątego filmu?

Od momentu ogłoszenia startu produkcji i pierwszych informacji o fabule, film ten budził wiele kontrowersji. Wiadome było, że wystąpią w nim Brad Pitt, Leonardo DiCaprio i Margot Robbie, która to wcieli się w postać Sharon Tate – pierwszej żony Romana Polańskiego, brutalnie zamordowanej w 1969 roku przez sektę Charlesa Mansona. Niemal oczywiste stały się podejrzenia, że Tarantino będzie chciał z tych tragicznych wydarzeń, urządzić jatkę w swoim stylu. Od razu można wspomnieć, że tak się nie stało. Te wydarzenia, jak i postać samej Tate, są jedynie tłem całej historii i nie ma tu mowy o jakimkolwiek ich nieposzanowaniu – jest wręcz na odwrót.

Znani i lubiani

Głównymi bohaterami filmu są Rick Dalton (DiCaprio), dawna gwiazda westernów, której blask już powoli gaśnie oraz Cliff Booth (Pitt), jego dubler i przyjaciel. To właśnie oni mają większość czasu ekranowego i wszystko i ich perypetie są trzonem historii. Za ich sprawą poznajemy Hollywood końcówki lat sześćdziesiątych XX wieku, poznajemy innych bohaterów tamtych lat i niektóre z wydarzeń z tego okresu. Jednocześnie obserwujemy ich przyjaźń i kariery, a raczej ich nieunikniony koniec.

“Pewnego razu w… Hollywood“ dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Fabuła , która zadziwia i szokuje

Zdecydowanie cieżko jest napisać coś o „Pewnego razu w… Hollywood“ bez zdradzania jakichkolwiek szczegółów dotyczących fabuły. Dla wielu osób, które wybrały się na film do kina w premierowy weekend, okazał się on sporym rozczarowaniem, a dla innych… obrazem rewelacyjnym. Sam po wyjściu z kina czułem się delikatnie zawiedziony (choć nadal seans mnie satysfakcjonował), jednak im dłużej o tym filmie myślę, tym lepiej go oceniam i na dzień dzisiejszy jest to jedno z lepszych dzień Quentina Tarantino. W każdej minucie filmu czuć olbrzymią miłość do kinematografii oraz doskonale widać, że filmy z tamtych czasów miały ogromny wpływ na reżysera. To właśnie dla tego „Pewnego razu…“ można nazwać swoistym hołdem. Czy jednak hołdem tylko do kina? Tarantino w piękny sposób przedstawia nam tu również samego siebie. To chyba jest jego najbardziej osobisty film, który z jednej strony gołym okiem widać, ze został stworzony właśnie przez niego. Jednocześnie jest on inny od poprzednich. Mnie najbardziej przypomina on „Jackie Brown“ oraz „Nienawistną ósemkę“.

Całość jest przepełniona świetną muzyką – jak zwykle Tarantino udowodnił swój geniusz w dobieraniu ścieżki dźwiękowej – i rewelacyjnymi zdjęciami. Od strony realizatorskiej to chyba jego najlepszy film. Momentami czułem, jakbym oglądał obraz z 1969 roku, albo przeniósł się w czasie do tamtego okresu.

“Pewnego razu w… Hollywood“ dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Sen na jawie

„Pewnego razu w… Hollywood“ to piękna baśń o krainie marzeń, gdzie każdy ma swój sen do spełnienia. Niestety, nie wszystkie sny stają się jawą, jednak niektóre owszem. Pomimo tego, że wiele osób nie pochwala mojego zachwytu nad tym filmem, to cieszę się, że Tarantino postanowił zrobić coś innego, niż wszyscy się po nim spodziewali. A dlaczego innego? O tym najlepiej żebyście przekonali się sami. Ja również przejdę się chyba do kina po raz drugi, a jeśli nie to zakupię ten film, jak tylko wyjdzie on na Bluray, żeby znów na prawie 3 godziny przenieść się do 1969 roku.

Natomiast jeżeli jesteście już po seansie i chcielibyście posłuchać co mam o nim do powiedzenia ze spoilerami. Zapraszam serdecznie do odcinka mojego podcastu Inna Kultura.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Powrót mutantów

Wszyscy dobrze wiemy, że w kinie królują filmy na podstawie komiksów. Nie...
Czytaj wiecej