Po co nam trzeci “Blade Runner”…

Blade Runner 2049, Denis Villeneuve, Warner Bros., Columbia Pictures
Kadr z filmu "Blade Runner 2049" (reż. Denis Villeneuve, 2017), fot. Warner Bros./Columbia Pictures
… i dlaczego Pan Scott powinien w końcu ustąpić pola młodszym – bardziej zaczytanym w Dicku niż zapatrzonym w siebie. Kilka słów o serii zapoczątkowanej przez jeden z najlepszych filmów science fiction, będący zarazem jedną z najgorszych filmowych adaptacji literatury.

John Brunner stwierdził kiedyś: “być może, jeśli znaczna część ludzi przeczyta Dicka, będziemy mieli większe szanse żyć w lepszym świecie”. Twórczość amerykańskiego wizjonera fascynowała na długo przed tym, jak fantastykę naukową zaczęto traktować poważnie. W dużej mierze to właśnie jego niepokojące, ale pełne filozoficzno-teologicznych rozważań teksty sprawiły, że bajki o kosmosie zyskały na powadze. Nikt bowiem z takim namaszczeniem nie rozważał iluzoryczności naszego żywota, szukając w okruchach człowieczeństwa sensu istnienia.

Jestem wielkim fanem “Blade Runnera”. Absolutnie każdego. Wiem, że “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” nie jest najlepszą z powieści Philipa K. Dicka, najprawdopodobniej to jednak za jej sprawą do dziś dyskutuje się o jego bogatej twórczości. Wszystko dzięki “Łowcy androidów” Ridleya Scotta. Filmowi – co tu dużo mówić – genialnemu, choć tak dalekiemu oryginalnej powieści, że wręcz nie powinien być nazywany adaptacją. Czy to nie kuriozalne?

Film Scotta (oczywiście po poprawkach, ale zdecydowanie nie w wersji ostatecznej) uważam za jedno z najdoskonalszych dzieł fantastyki naukowej. Cieszę się, że mimo fatalnej pierwszej wersji udało się doprowadzić tę produkcję do stanu, który pozwolił zapisać się jej historii kinematografii. Smucą natomiast kolejne ingerencje, zwłaszcza scena z jednorożcem, które miały za wszelką cenę zmienić wymowę filmu. Upór Pana Scotta zadziwia tym mocniej, że jego adaptacja i tak przez fanów Dicka nazywana jest kastracją oryginału.

Kto czytał “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, ten wie

Łowca androidów, Ridley Scott, Warner Bros.
Kadr z filmu “Łowca androidów” (reż. Ridley Scott, 1982), fot. Warner Bros.

Problem przekładania literatury na język filmu do dziś pozostaje nierozwiązany – co więcej, środowiska te coraz częściej ścierają się ze sobą. Ot, ostatni przykład z naszego podwórka i zarzuty świata literackiego wobec twórcy filmu “Żeby nie było śladów”. Chodziło o to, że Jan P. Matuszyński nieszczególnie wyeksponował źródło pomysłu, jakim był reportaż Cezarego Łazarewicza, od czego zresztą dziennikarz w dużej mierze się odciął. Philip K. Dick nie miał ku temu okazji – co prawda pokazano mu film, ale do oficjalnej kinowej premiery nie dożył.

Ridley Scott zaadaptował powieść Dicka w sposób urągający jakimkolwiek obyczajom. Pozbawił film wątku łączności z prorokiem, świat przedstawiony tła ekonomiczno-politycznego, Ricka Deckarda jego własnych przemyśleń, a androidy najbardziej ludzkiej cechy. Złośliwi powiedzieliby, że spośród całej zawartości “Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?” w “Łowcy androidów” pozostawiono jedynie imiona głównych bohaterów i sowę w siedzibie korporacji Tyrell (nawet tej nazwy nie zostawił w spokoju!).

Scott, zwłaszcza na początku kariery, potrafił jednak zdziałać cuda. Nie ważne, jak bardzo zmasakrował dickowskie poszukiwania sensu; nie ważne, jak fatalny film był w pierwszej wersji. Brytyjski reżyser i tak zdołał za jego pośrednictwem pokazać coś niesamowitego i – jak na początek lat 80. – zjawiskowego. Ba, “Łowca androidów” otrzymał przecież wówczas nawet nominację do Oscara za scenografię i efekty wizualne. Kasowo się jednak nie obronił. Wyniki były fatalne, ale poniekąd uratowały go VHS-y. Z czasem natomiast tytuł otoczono olbrzymim kultem, który trwa do dziś.

W końcu za reżyserię wziął się ktoś, kto przeczytał oryginał

Blade Runner 2049, Denis Villeneuve, Warner Bros., Columbia Pictures
Kadr z filmu “Blade Runner 2049” (reż. Denis Villeneuve, 2017), fot. Warner Bros./Columbia Pictures

Przez grubo ponad trzy dekady nikt szczególnie nie wyczekiwał kontynuacji “Łowcy androidów”. Pół żartem, pół serio można by powiedzieć, że Ridley Scott tak często próbował poprawiać swój film, że fani i tak mieli co oglądać. W końcu jednak postanowiono wykonać ten krok – w erze powszechnej rimejkozy oddano tytuł w ręce jednego z najlepszych reżyserów młodego pokolenia. Geniusza, który tak akcyjniaka, jak i thriller s-f jest w stanie wynieść do poziomu arcydzieła.

Denis Villeneuve to twórca niezwykle ambitny, skrupulatny i pedantycznie podchodzący do najdrobniejszych szczegółów. Nigdy nie idzie na łatwiznę – chce, by kino głównego nurtu wyrwało się spod okupacji rozrywki najniższych lotów i – o dziwo – wciąż znajdują się ludzie, którzy wykładają pieniądze na realizację jego misji. Takim film był też “Blade Runner 2049”. Budżet produkcji z 2017 roku szacuje się na 150-185 000 000 dolarów. W rolach głównych wystąpili Ryan Gosling i Harrison Ford powracający jako Deckard. Ridley Scott nadzorował natomiast prace z tylnego fotela. Na papierze wszystko wyglądało idealnie – po prostu murowany sukces.

Niestety podobnie jak pierwszy film, sequel także okazał się kasowym rozczarowaniem – tym razem z pięcioma nominacjami do Oscara i dwiema statuetkami (najlepsze zdjęcia i najlepsze efekty specjalne). “Blade Runner 2049” wyglądał genialnie. Zdjęcia Rogera Deakinsa sprawiły, że był najpiękniejszym wizualnie widowiskiem nie tylko 2017 roku, ale pewnie i całej dekady. Z kolei historia – palce lizać! Akcja toczy się niemal trzy dekady po wydarzeniach z pierwszej części, świat jest jeszcze gorszym miejscem, ale – w przeciwieństwie do “Łowcy androidów” – nie brak tu nawiązań do książkowego oryginału. Villeneuve co rusz puszcza oko – nie do widzów, lecz czytelników. Gęsta jak opad radioaktywny atmosfera nie rzednie ani przez moment, a finał pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli da się? No da się!

“Blade Runner 2049” nie może pozostać bez kontynuacji

Blade Runner 2049, Denis Villeneuve, Warner Bros., Columbia Pictures
Kadr z filmu “Blade Runner 2049” (reż. Denis Villeneuve, 2017), fot. Warner Bros./Columbia Pictures

Problemem filmu Villeneuve’a okazała się współczesna widownia. Mało kto wciąż łaknie trudnych, długich produkcji, które nie karmią nas papką z gotowych odpowiedzi. O tym, jak trudnym w odbiorze tytułem był “Blade Runner 2049”, najlepiej niech świadczą spory polityczne o rzekomy eko-marksistowski wydźwięk filmu. Wiecie – świat, w którym korporacje de facto rządzą, wcale nie jest aż tak odległą wizją. Wielu jednak woli bronić znajdującego się w ewidentnym kryzysie kapitalizmu na wszelkie sposoby, zamiast przyznać, że jako ludzkość zmierzamy ku zagładzie. Mniejsza o to. Chodzi mi o sam fakt, jak głębokie przesłanie – i to podane kontekstowo oraz wizualnie, nie zaś w sposób przegadany – miał reżyser.

Trudno mi nawet nazwać kiepskie wyniki box-office’owe jego potknięciem, bo naprawdę nie dostrzegam tu jego winy. Sam zresztą byłem na filmie czterokrotnie, nie mogąc napatrzeć się na ten surowo-piękny świat w obiektywie Deakinsa, a przy tym starając się dostrzec zgubione wcześniej odniesienia. W pewnym sensie triumfował jednak Ridley Scott. Ten sam, który trzydzieści pięć lat wcześniej również odniósł kasową porażkę, a film poprawiał przez kolejne dwie dekady. Villeneuve nie musi niczego poprawiać – musi jedynie dostać szansę, by opowiedzieć kontynuację tej historii.

Nie jest jednak pewne, czy to właśnie Kanadyjczykowi powierzony zostanie kolejny “Blade Runner”

Ryan Gosling, Harrison Ford, Blade Runner 2049, Warner Bros., Columbia Pictures
Ryan Gosling i Harrison Ford w filmie “Blade Runner 2049”, fot. Warner Bros./Columbia Pictures

Po finansowym fiasku wielu zresztą pomyślało, że perła science fiction na kolejnych kilka dekad zapadnie się pod ziemię. Scott z miejsca zaczął produkowany przez siebie tytuł krytykować, uznał go za zbyt długi, buńczucznie stwierdził nawet, że wie, które sceny trzeba usunąć, i gdyby mógł, skróciłby film o dobre pół godziny. W międzyczasie ten sam wszystkowiedzący, choć przebrzmiały już prorok filmowej fantastyki niszczył to, co zostało z serii “Obcego”. Zresztą, w tym przypadku także torpedował starania młodego, ambitnego twórcy – Neila Blomkampa. To jednak odrębny przypadek.

W pewnym momencie reżyser z RPA sam zresztą wypowiedział wojnę Hollywoodowi – z raczej mizernym skutkiem. Pozycja Villeneuve’a jest natomiast inna. Właśnie czekamy na kinową premierę “Diuny”, a zakulisowe doniesienia z Warner Bros. potwierdzają, że choć na wczesnym etapie, to prace nad trzecim “Blade Runnerem” trwają. Ten film po prostu musi powstać, tym bardziej że w międzyczasie otrzymamy też serial anime. Machina ruszyła – i po raz pierwszy nie martwię się o przesyt i wyciśnięcie tej cytryny do ostatniej kropli. Wciąż jednak nie wiadomo, kto wyreżyseruje obraz. To swoista próba sił. Jak wiele do powiedzenia będzie mieć Ridley Scott i czy ktokolwiek poważny naprawdę skreśli Villeneuve’a? Tego dowiemy się prędzej czy później.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Kontrowersyjna kampania jednak wypromowała Wilno…

Krajom Europy Wschodniej niełatwo przyciągnąć zagranicznych turystów – poszczególne miasta muszą więc...
Czytaj wiecej