U stóp szesnastometrowego Pinokia (i nie tylko)

Pinokio z Collodi, Collodi, Toskania, Rafał Turowski
Pinokio z Collodi, fot. Rafał Turowski
Po Toskanii można by krążyć tygodniami, ciągle jeszcze nie wyczerpując długiej listy wartych odwiedzenia (i zobaczenia) miasteczek, jak choćby Collodi – ojczyzna Pinokia, ale przecież nie samą Toskanią turysta we Włoszech żyje...

Kolejna relacja z podróży po Włoszech – kontynuacja tekstu: “Nie zobaczyć Sieny to gorzej niż zbrodnia – to błąd”

Z Florencji lokalnymi drogami, wiodącymi przez senne w niedzielny poranek toskańskie wioski, jedziemy na północ – do Collodi. Skojarzenie z autorem “Pinokia”, tak naprawdę nazywającym się Lorenzini, jest nieprzypadkowe, stąd bowiem pochodziła matka pisarza, na której cześć przybrał pseudonim Carlo Collodi. Nie dziwimy się zatem, że znajduje się tutaj największy na świecie, szesnasto-aż-metrowy pomnik Pinokia. Jest też kilkanaście pomników mniejszych oraz park rozrywki, który niestety nie może się pochwalić pozytywnymi opiniami zwiedzających. Wręcz przeciwnie, a i tak była długa kolejka do kasy, mimo że rodzina z dwojgiem dzieci musi zapłacić za wejście 70 euro (Włochy generalnie są dość drogie, starałem się ten fakt przemycać względnie bezboleśnie w moich relacjach).

Miasteczko Collodi, Collodi, Toskania, Rafał Turowski
Miasteczko Collodi – stąd pochodziła matka autora “Pinokia”, który na jej cześć przybrał przydomek Carlo Collodi, fot. Rafał Turowski

Ale do Collodi jedźcie, bo stara część miejscowości jest po prostu magiczna. Niestety chyba mnie nie stać na nieruchomość we Włoszech, a szkoda, bo były wystawione do sprzedaży, jakem stał, tak bym kupił. Wspinamy się wąskim chodnikiem wzdłuż zbudowanych z kamienia domów z oknami wychodzącymi na toskańską dolinę. Ich tarasy pokryte są dzikimi winoroślami. Są i ławki stojące w cieniu drzewek oliwnych, na których wygrzewają się dobrze odżywione koty, zupełnie niezainteresowane turystami z dalekiego, zimnego kraju. Dolce vita.

Olśnienia nr 2 doznajemy kilkanaście kilometrów dalej

Barga, Toskania, Rafał Turowski
Miasteczko Barga, fot. Rafał Turowski

To Barga – kolejne miasteczko na wzgórzu z jedenastowieczną katedrą, z której tarasu w pogodny dzień, a tylko takie zdarzają się tu w sierpniu, widać i Apeniny, i część Alp. Kawałek dalej leży Lukka, miasto o którym wcześniej nie słyszałem, do czego z pewnym wstydem się przyznaję, bo mamy tu zachowany układ miejski z… I wieku p.n.e. Tak, przed naszą erą. Miasto otoczone jest murami obronnymi z XIII wieku. Na dawnym forum mieści się dziś pełen gwaru plac św. Michała, jest też muzeum Rossiniego, który tu przyszedł na świat. Jest w Lukce również – mimo zauważalnej obecności turystów – jakiś taki nieprawdopodobny spokój, coś niezwykle harmonijnego. Panuje tu atmosfera małego, sennego miasteczka i jednocześnie metropolii ze środka świata. To olśnienie nr 3.

Plac św. Michała w Lukce, Lukka, Toskania, Rafał Turowski
Plac św. Michała w Lukce, fot. Rafał Turowski

I jedziemy do Pizy, w której nie ma właściwie nic (poza wiecie czym). Miasto ładne, owszem, ale nieco rozczarowuje; sama wieża zresztą też, bo człowiek spodziewa się Bóg wie czego. Bawi tylko, że zwiedzający wciąż podpierają budowlę, wiecie, na zdjęciach… Piza zostaje zatem naszą bazą wypadową do Cinque Terre – najdroższego chyba miejsca we Włoszech, ale i pocztówkowo wręcz malowniczego.

Krzywa Wieża w Pizie, Piza, Rzeźba, Igor Mitoraj, Rafał Turowski
Polski wątek obok Krzywej Wieży w Pizie – rzeźba Igora Mitoraja, fot. Rafał Turowski

Jak sama nazwa wskazuje, miasteczek jest pięć

Do niedawna były połączone pieszym szlakiem. Dziś został tylko fragment między Monterosso a Vernazzą i warto się nim przejść – koniecznie w wygodnych butach (tenisówki i szpilki są nieodpowiednie); z zapasem wody i raczej wcześnie rano lub późnym popołudniem, bo w sierpniowy dzień słońce tu zabija; choć – wziąwszy pod uwagę widoki – byłaby to śmierć istotnie piękna. Miasteczka są śliczne. Trudno wyróżnić którekolwiek, można je wszystkie zwiedzić w ciągu jednego dnia bez żadnego problemu, w ramach wycieczki z Pizy czy Genui. Sugerowałbym jednak skorzystanie z pociągu, bo z parkingami jest i tutaj duży kłopot, są zapełnione i drogie. Bilet wstępu do Parku Narodowego kupujemy w kasie na dowolnym dworcu w okolicy. Jest on jednocześnie biletem kolejowym, upoważniającym do podróży między miasteczkami, generalnie – pociągi na tej trasie jeżdżą bardzo często.

Cinque Terre, Vernazza, Liguria, Rafał Turowski
Cinque Terre – Vernazza – jakby z klocków lego zbudowana, fot. Rafał Turowski

Po zwiedzeniu Cinque Terre wracamy do Rzymu, jeszcze zwiedzamy Tivoli, jeszcze Castel Gandolfo. Szczególnie to podrzymskie miasteczko polecam, nie tylko z powodu istotnie estetycznej letniej rezydencji papieży – jest tu po prostu bardzo ładnie. Jezioro Albano, leżące w dolinie, schładza miejskie bruki, można się w nim także wykąpać, a nawet wypożyczyć łódkę. Z Castel Gandolfo wyjechałem jednak nieco rozedrgany, gdyż pokłóciłem się z pocztą włoską. Otóż – proszę się nie śmiać – wciąż wysyłam analogowe pocztówki. Poszedłem więc na pocztę i poprosiłem o cztery znaczki. Tam jednak byłem bohaterem takiego oto dialogu:

– Nie mamy znaczków. – usłyszałem. 
– No ale to jest poczta i nie może nie być znaczków...
– Ale nie mamy, bo jest epidemia. (Sic!)
– To ja zostawię pocztówki i zapłacę, a pani naklei, jak przyjadą.
– Nie.
– To ja poproszę z managerem.

Z panią kierowniczką znów to samo – “nie mają znaczków, bo jest epidemia”. Nie, nie widzą braku związku, nie mają i – co im zrobisz? Jednak mam pewne doświadczenia w skutecznym zmienianiu świata. Skoro udało mi się wypłacić gotówkę na poczcie w Malawi, na kompletnym zadupiu tego afrykańskiego państewka, to Włochy wydały mi się fraszką. Po półgodzinnej dyskusji, niepozbawionej pewnej emocjonalności i teatralności, potrzebne znaczki zostały przez panią naczelnik wydrukowane z internetu. Tak, bywam niekiedy (excusez-le-mot) upierdliwy, ale – można? Można.

More from Rafał Turowski

JESIEŃ Z MELPOMENĄ

Początek sezonu napawa nadzieją, jest na co pójść do teatru, nie brakuje...
Czytaj wiecej