Pokochajmy pastiszową słodycz serialu “Community”

Od pierwszego kwietnia polscy użytkownicy platformy Netflix mają możliwość zorganizowania sobie wieloodcinkowego maratonu z "Community", czyli telewizyjnym ucieleśnieniem marzeń każdego entuzjasty popkultury.

Jeff, Pierce, Annie, Britta, Shirley, Abed i Troy to imiona głównych bohaterów serialu “Community” opowiadającego o studenckim życiu toczącym się za murami Greendale Community College. Amerykańscy widzowie mieli przyjemność zapoznać się z przygodami owej wesołej gromadki już w 2009 roku, a polscy odbiorcy otrzymali tę szansę dwa lata później dzięki stacjom Fox oraz Comedy Central. Dziś stworzony przez Dana Harmona sitcom jest częścią bogatej oferty programowej Netfliksa. Najsłynniejsza internetowa telewizja daje więc szansę wiernym fanom na powrót do ulubionych odcinków, a także pozwala zapoznać się z kultowym w pewnych kręgach tytułem osobom, które do tej pory nie miały z nim styczności.

Widzów niezaznajomionych z tematem jest całkiem sporo, ponieważ seria emitowana niegdyś na antenie NBC zawsze była projektem niszowym, skierowanym do dość wąskiej publiczności.

Ranking dziesięciu najlepszych odcinków “Community”

Wśród garstki zapaleńców osiągnęła status arcydzieła małego ekranu, ale nigdy nie zdobyła serc mas. Być może uda się to tym razem, bo powrót do wszystkich sześciu sezonów zapewnia wrażenia daleko wykraczające poza standardowe sitcomowe ramy.

Trzeba jednak przyznać, że pierwsze epizody serii rzeczywiście przypominają regularną serię komediową kalibru np. “Przyjaciół” albo “Teorii wielkiego podrywu” (zresztą z tą drugą pozycją “Community” rywalizowało i nieustannie przegrywało walkę o oglądalność). Sezon numer jeden wypełniają bystre dialogi tętniące sympatyczno-sarkastycznym poczuciem humoru oraz rubaszne sytuacje prowokowane przez odpowiednio przerysowane zachowanie kampusowych bohaterów. Natomiast już kolejne części zabawnej sagi całkowicie zrywają z podręcznikowym telewizyjnym scenopisarstwem. W pewnym momencie “Community” przeobraża się w kilkudziesięciogodzinny, metafikcyjny żart. Fabuły poszczególnych odcinków stają się pretekstami umożliwiającymi twórcom coraz śmielsze popkulturowe pastisze. Współczesny “Klub winowajców” nagle zamienia się w brawurową kompilację postmodernistycznych dowcipów. Najsłynniejsze odcinki parodiują np. “Doktora Who”, kino akcji lat 80., a nawet tak wymyślne tytuły, jak “Serca ciemności” – dokument opowiadający o kulisach powstania “Czasu Apokalipsy”.

Główni bohaterowie “Community” w pełnym składzie

W ten sposób nowy netfliksowy nabytek rozkochał w sobie subkulturę nerdowską – ludzi obsesyjnie konsumujących wszelkie dobra kultury popularnej.

Godziny naszpikowane milionami intertekstualnych odniesień zbliżały seans do brania udziału w osobliwym turnieju polegającym na wyłapywaniu cytatów. Schwytanie wszystkich nawiązań do mniej lub bardziej znanych tytułów dawało niesamowitą satysfakcję. Nareszcie wiedza uznawana przez resztę społeczeństwa za bezużyteczną, stała się przydatna. Tydzień w tydzień, przez trzydzieści minut, Dan Harmon i jego współpracownicy nagradzali teoretycznie nieistotne umiejętności – znajomość dialogów z “Kolacji z Andre”, czy profesorskie rozeznanie w ikonografii spaghetti westernów. “Community” było jedynym serialem poklepującym po plecach każdego, kto odnajdywał pełnię szczęścia dopiero po zanurzeniu się w świat fikcji.

Regularne odwiedzanie Greendale sprawiało przyjemność również ze względu na pewien ład rządzący serialowym uniwersum.

Telewizyjne odbicie znanych nam realiów funkcjonowało tam dzięki szeregowi narracyjnych motywów, pożyczonych od innych popularnych opowieści. Codzienność mieszcząca się w kilkudziesięciominutowych epizodach egzystowała według elegancko skonstruowanej mechaniki, napędzającej wir wydarzeń fragmentami hollywoodzkich szablonów. Taka wizja stanowiła perfekcyjną receptę na nieprzewidywalny chaos, z jakim musimy mierzyć się w życiu codziennym. W tej historii nie mogło dojść do nieprzyjemnych rozczarowań albo nadprogramowych niedogodności, ponieważ niemal każda sekunda symulowała klisze, które odtwarzaliśmy w naszej świadomości setki razy. Poprzez komfortową przewidywalność poszczególnych scen, autorzy serii zdefiniowali popkulturę jako oręż broniący przed niepokojem szarej codzienności. Wystarczy być obeznanym z sekretami nerdowskich fantazji, by choćby na chwilę zapomnieć o szarości dnia powszedniego i nasycić się stylowo zmontowanym utopijnym uniwersum, wygodnie tłumaczącym życiowe problemy puentami zsamplowanymi z innych tekstów kultury.

Rozmowa z obsadą “Community” dziesięć lat po premierze pilota serialu

Przedsięwzięcie o nazwie “Community” próbowało osłodzić nam (konsumentom popkultury) trudy rzeczywistości, budując “nowy, wspaniały świat” z wielobarwnych strzępków naszej pasji. Idealistyczny podtekst ukryty w pomyśle na tę serię przypomina słynną wypowiedź Granta Morrisona (szkockiego scenarzysty komiksowego) dotyczącą superbohaterskiego kultu:

Moi papierowi Bogowie są bardziej realni niż jakiekolwiek inne autorytety.

Protagoniści amerykańskiego serialu, podobnie jak morrisonowe postaci przemawiające dymkami, wspólnie budowali mikrokosmos, w którego istnienie każdy pasjonat fikcji chciałby uwierzyć.

Obecnie ludzkość potrzebuje tej serii chyba jeszcze bardziej niż kiedyś. Odpowiednio dawkowany słodki eskapizm może przecież pomóc w zachowaniu higieny mentalnej, delikatnie nadszarpniętej przez trudne czasy. Korzystajmy więc ze streamingowego bogactwa i po prostu dobrze się bawmy.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Swans i ich album “Leaving Meaning.” zapraszają do kojącej duszę medytacji

Weterani gitarowej awangardy wciąż jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. Kolejna pozycja w...
Czytaj wiecej