Dokąd zmierza popkultura i jak wpłynie na nią cyfryzacja?

Dokąd zmierza popkultura i jak wpłynie na nią cyfryzacja? (fot. Pixabay)
Dokąd zmierza popkultura i jak wpłynie na nią cyfryzacja? (fot. Pixabay)
Początki internetu zwiastowały niepewny czas dla twórców, których dzieła nagle narażone zostały na globalną dostępność bez kontroli autora – jak gdyby nie dość trudne było walczenie z piractwem w postaci fizycznego kopiowania kaset i płyt. I choć nielegalne powielanie wytworów cudzej pracy ma się dobrze, nie można jednocześnie powiedzieć, że obawy przedstawicieli branż kreatywnych się spełniły, ale...

Cyfryzacja to wciąż postępujący proces i choć jak na razie w większej mierze pomaga, niż przeszkadza artystom, zmiany nadal zachodzą. Popkultura bez wątpienia zyskała drugie życie po tym, jak trafiła do internetu. Dawno zapomniani artyści z dnia na dzień mogą odzyskać sławę np. dzięki memom, nowi mają – przynajmniej teoretycznie – większe szanse się wybić. Wszystko zdaje się zmierzać we właściwym kierunku, ale czy na pewno? Ciekawie temat popkultura vs cyfryzacja ujmuje amerykański ekonomista – doktor Joel Waldfogel. Autor książki “Digital Renaissance: What Data and Economics Tell Us about the Future of Popular Culture” w przystępny sposób wyjaśnia, jak popkultura może zyskać lub stracić na wszechobecnej cyfryzacji. Jednocześnie Waldfogel podkreśla, że nowe technologie nie tylko nie zabiły branż kreatywnych, ale też przyczyniły się do powstania takich, które bez internetu nie miałyby racji bytu.

Muzyka – argument koronny

Muzyka – popkultura vs cyfryzacja według doktora Joela Waldfogela, fot. Pixabay
Muzyka – popkultura vs cyfryzacja według doktora Joela Waldfogela, fot. Pixabay

Bez wątpienia muzyka to dziedzina sztuki, która najbardziej obawiała się internetu. Piractwo w tym zakresie jest zakrojone na największą skalę i najtrudniejsze do zwalczenia. Przychody branży wciąż jednak rosną. Jak to możliwe? Jak zaznacza doktor Waldfogel, jednym z największych dobrodziejstw internetu, niejako zwracającym się z nawiązką, jest cięcie kosztów. Popkultura po prostu stała się tańsza w produkcji i dystrybucji. Nagrania nie zajmują już tyle czasu i nie wymagają tak wielkich nakładów pracy przy obróbce, natomiast ich udostępnianie w formie cyfrowej jest stosunkowo tanie.

Jednocześnie Internet sprawia, że wiele osób może odnieść sukces… niespodziewanie. Dzięki viralowemu rozprzestrzenianiu się także promocja własnej twórczości stała się łatwiejsza, a o tym, kto zyska rozgłos, decydują bezpośrednio odbiorcy, a nie wytwórnie płytowe. Innymi słowy: jeśli ktoś na tym cierpi, to branżowe rekiny, często owiane złą sławą. Twórcy raczej powinni być internetowi wdzięczni, choć oni także muszą uważać. Teraz niezwykle łatwo jest narazić się na bojkot jednym niepopularnym stwierdzeniem! Pomijając jednak ten aspekt, warto zwrócić też uwagę na jedyny problem takiego systemu. Dane wskazują, że obecnie publikuje się nawet trzykrotnie więcej treści niż za czasów tradycyjnych nośników. Popkultura kwitnie, ale… jakoś spada. To chyba żadne zaskoczenie. Wciąż zatem potrzeba sterników, osób umiejących oddzielić ziarna od plew – być może dlatego niezależne wytwórnie mają się dobrze.

Książki zaprzeczają obniżeniu jakości?

Książki – popkultura vs cyfryzacja według doktora Joela Waldfogela, fot. Pixabay
Książki – popkultura vs cyfryzacja według doktora Joela Waldfogela, fot. Pixabay

Choć pomijanie producentów może odbijać się na jakości, doktor Waldfogel sugeruje, że niekoniecznie dzieje się tak np. w branży wydawniczej. Coraz popularniejszy self-publishing nie jest jednak jakościowym zagrożeniem dla wydawnictw. W tym przypadku autor “Digital Renaissance” zauważa inne zjawisko:

Jeśli spojrzymy na mniej wymagające listy bestsellerów, zauważymy stopniowy wzrost liczby książek samodzielnie wydanych przez autorów. Niejako zapracowali na swoje nazwiska w internecie, a teraz zbierają plony. Na najbardziej opiniotwórczych listach – jak choćby tej publikowanej przez »The New York Times« – tego typu pozycji jednak brak. W przypadku książek popkultura najwyraźniej poradziła sobie w inny sposób. Nie zastąpiła tradycyjnego medium, lecz poszerzyła je o nową kategorię, która także ma swoich odbiorców.

Branża filmowa cierpi, ale twórcy zyskują?

Film – popkultura vs cyfryzacja według doktora Joela Waldfogela, fot. Pixabay
Film – popkultura vs cyfryzacja według doktora Joela Waldfogela, fot. Pixabay

Spośród wszystkich mediów filmy zdają się najtrudniejszym, a co za tym idzie najdroższym w swej produkcji dziełem. W ich przypadku piractwo oznacza więc największe straty. Nie jest jednak tak, że cyfryzacja godzi w tę branżę. Po części filmowcy podzielili bowiem los muzyków. Przede wszystkim nie można tego zjawiska pojmować jako tylko i wyłącznie przenoszenia się do internetu. Cyfryzacja to przecież także przechodzenie z metod analogowych na cyfrowe, które są niewspółmiernie tańsze! Kinowa jakość nie wymaga już wartego setki tysięcy dolarów sprzętu, a nakłady twórców wcale nie muszą iść w miliony.

Cyfrowa popkultura stała się rajem dla twórców młodych, niezależnych. Zanim wyrobią sobie nazwisko, dzięki któremu zyskają zatrudnienie w którejś z wielkich wytwórni, mogą do woli eksperymentować i uzewnętrzniać swe twórcze pragnienia. W ten sposób twórca zyskuje wygodną pozycję: nikt nie ingeruje w jego artystyczne wizje, on sam buduje nazwisko tak wśród fanów, jak i w branży i w każdej chwili może “awansować” do wyższej ligi lub pozostać tu, gdzie jest. Kwestie finansów? Crowdfunding lub nakłady własne coraz częściej są w zupełności wystarczające. Dzięki temu każdego roku powstaje dziś nie setki, lecz tysiące filmów. Ponownie mamy do czynienia z kwestią jakości, ale tę oceniają widzowie. Ostatecznie nie ma jednak na co narzekać.

Gdzie tkwi haczyk?

Reed Hastings podczas jednej z konferencji, fot. Netflix
Reed Hastings podczas jednej z konferencji, fot. Netflix

Z pewnością na powyższych zjawiskach niektórzy także tracą. Nie może być tak, że wszyscy nagle zyskają. To robią najczęściej osoby, które zaczęły dzięki cyfryzacji zarabiać na swojej pracy artystycznej. Wzrost konkurencji dla niektórych może jednak oznaczać, że jego przychody zmaleją, bo w branży pojawiła się konkurencja. To jednak najzwyklejsza sytuacja rynkowa, której nie wolno demonizować.

Największym problemem – z punktu widzenia zarówno twórcy, jak i konsumenta – może być wyłonienie się nowych “elit”. Czy to nie one były odpowiedzialne za stan rzeczy sprzed cyfryzacji? Oczywiście, że tak! Wielkie studia filmowe, wydawnictwa, wytwórnie muzyczne po prostu rządziły rynkiem i decydowały o dostępności swoich produktów. Dziś nie będzie tak łatwo, bo choć już możemy wskazać molochy poszczególnych branż, ich wpływy sięgają jedynie do granic własnych bibliotek medialnych. Popkultura może jednak istnieć w internecie bez ich udziału, będąc trudną, ale satysfakcjonującą działalnością dla artystów. Mimo to powinniśmy zachować czujność, bo rozwarstwienie między niezależnymi twórcami a gigantami nie jest czymś bardzo odległym. Już dziś YouTube, Spotify, Amazon, Netflix czy Google mają olbrzymi wpływ na kształt rynku. Jeśli ten ostatni wraz z Facebookiem zaczną działać na korzyść rekinów, płotki mogą być w tarapatach.

Autor artykułu
More from Damian Halik

IMDb uruchomiło Freedive – własny serwis streamingowy

Jeff Bezos przechodzi ostatnio największy kryzys w karierze – niebawem za sprawą...
Czytaj wiecej