Queer Eye, czyli Porady różowej brygady

Najlepsze rzeczy często dzieją się przypadkowo i kiedy zupełnie się ich nie spodziewamy. Tak było w przypadku programu, który stał się moim objawieniem i zdecydowanie jedną z najlepszych rzeczy, jakie zobaczyłem w ostatnich miesiącach.

Żona powiedziała: „Włączmy Netflixa, bo podobno jest tam świetny program!”. Zanim to zrobiliśmy, nigdy wcześniej nie słyszałem o ”Poradach różowej brygady”, jednak ta chwila bardzo szybko zmieniła wiele w moim życiu.

Reality show

Nigdy nie byłem fanem reality show. To chyba nie jest mój typ rozrywki. Co prawda, będąc jeszcze nastolatkiem, kiedy ten gatunek telewizyjny docierał do Polski, byłem go ciekaw i kilka programów widziałem. Jednak w moim dorosłym życiu unikałem go, dokładnie wybierając repertuar, na który poświęcam swój czas. To był jeden z powodów, przez który podchodziłem do programu „Porady różowej brygady” nieco sceptycznie. Drugim była sama tematyka programu. Kilka osób prowadzi „przemiany” ludzi, mające na celu poprawę jakości ich życia, poprzez zmianę wyglądu, udekorowanie mieszkania, czy zwiększenie pewności siebie. Teoretycznie nie jest to nic oryginalnego – i takie właśnie mi się to wydawało. Do chwili, w której dowiedziałem się, że program jest prowadzony przez pięciu gejów. To może być ciekawe!

Po pierwszym odcinku byłem zakochany.Zupełnie się nie spodziewałem, że całość zrobi na mnie takie wrażenie.

„Queer Eye” (celowo będę teraz używał oryginalnego tytułu, bo jest po prostu krótszy) istniał już wcześniej. Jednak na początku 2018 roku miała miejsce premiera nowej wersji, którą tym razem zrealizował Netflix (kto jak nie oni?!). Program prowadzi pięciu gejów, z czego każdy jest odpowiedzialny za inną część życia; Antoni odpowiedzialny jest za gotowanie, Jonathan za fryzurę i kosmetyki, Karamo zajmuje się kulturą, Tan modą, a Bobby odpowiedzialny jest za architekturę wnętrz. Metamorfozy uczestników są więc kompletne na wielu płaszczyznach i są ogólnie życiowe, a nie np. tylko zmianą mieszkania czy ubioru.

Prowadzący

Każdy z nich jest inny, każdy charakterystyczny. Choć na pewno nie można ich nie zauważyć, swoimi osobowościami oddalają się od powszechnie utartych stereotypów. Z każdym odcinkiem programu chcemy coraz bardziej, by w przyszłości ich spotkać, by stali się naszymi przyjaciółmi. To ludzie, których nie da się nie lubić, których nie można nie pokochać. Po kilku chwilach zapomina się zupełnie o tym, że ta piątka mężczyzn to homoseksualiści, bo zdajemy sobie sprawię, że tak naprawdę nie ma to najmniejszego znaczenia. To ludzie, którym zależy na tym, by poprawić życie innych.

Szacunek, tolerancja, miłość

#QueerEye może nas oczywiście zachwycić sami metamorfozami i tym, jak zmienia się ludzkie życie. Największe jednak wrażenie zrobiło na mnie to, jak wspaniałą lekcją tolerancji i równości jest ten program. Prowadzący nie oceniają nikogo ze względu na jego wygląd, płeć, orientację seksualną, czy kolor skóry. Każdy człowiek jest tu po prostu drugą istotą ludzką, którą należy szanować.

Kilka tygodni temu swoją premierę miał trzeci sezon programu. Każdy z nich składa się z ośmiu odcinków, trwających około 45-50 minut i nie są one ze sobą w żaden sposób powiązane – co odcinek mamy inną historię człowieka, inne życie, które #Fab5 (tak o sobie mówi drużyna prowadzących) będzie starała się odmienić. Mamy więc 24 odcinki, z czego na przynajmniej 15 płakałem ze wzruszenia. Bo właśnie taki jest #QueerEye – sprawia, że świat znów jest fajniejszy i wraca nam wiara w dobro.

Bo liczą się ludzie.

To oni są kluczem tego programu. Prowadzący pokazują, że można być naprawdę wspaniałym człowiekiem. I to bez względu na łatki, jakie potrafi przyklejać nam społeczeństwo. Liczy się to, co sobą reprezentujemy i co robimy, a nie to jak wyglądamy. Ważni są ludzie, których metamorfozy oglądamy. Dzięki nim widzimy, że nawet jeśli trochę się pogubiliśmy, to zawsze możemy odmienić nasze życie na lepsze.

#QueerEye jest lekcją tolerancji i szacunku do drugiego człowieka, której nie spodziewałem się po programie telewizyjnym. Teoretycznie to, co nam on pokazuje, jest powszechnie znane. W rzeczywistości jednak o wielu sprawach na co dzień zapominamy. Bardzo się cieszę, że ta piątka niesamowitych ludzi przypomniała mi o tym, jak fajnie może być na świecie. I choć wiele na nim niesprawiedliwości, to wciąż pozostaje wiele dobra, którym możemy się cieszyć i przekazywać dalej.

Gorąco polecam „Porady różowej brygady” każdemu, kto jeszcze ich nie zna. Czekam na czwarty sezon – powstanie na pewno, bo program stał się już światowym fenomenem.

PS: Jeden z prowadzących – Antoni – jest z pochodzenia Polakiem.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Powrót mutantów

Wszyscy dobrze wiemy, że w kinie królują filmy na podstawie komiksów. Nie...
Czytaj wiecej