Ratujmy Żuki, zostały ostanie sztuki.

Wczesny Żuk zwany "smutkiem". Takie teraz są najbardziej poszukiwane. zdj. gingerpig200 via wikimedia commons
Auta dostawcze nie mają łatwego życia. Są mocno eksploatowane, nie budzą również dużego zainteresowania wśród miłośników aut klasycznych. Stąd też akcja ratowania naszych rodzimych Żuków.

Życie auta dostawczego jest od zawsze o wiele krótsze od samochodów osobowych. To zwykłe narzędzia pracy, które po zużyciu lądują na złomie. Nie są również tak popularne w gronie miłośników aut zabytkowych. Przez to dość szybko giną z krajobrazu ulic. Gdy wchodzą wiek, w którym ich osobowi równieśnicy są uważani za pełnoprawne zabytki – dostawczaków już praktycznie nie ma. To też dzieje się właśnie z naszym polskim dostawczakiem o dźwięcznej nazwie „Żuk”.

Park samochodowy warszawskich miejskich pralni w latach 70. Żuki robiłi przez lata dosłownie wszystko. Zdj. Narodowe Archiwum Cyfrowe ze zbiorów Grażyny Rutowskiej

Pierwszego powojennego dostawczaka, jak większość aut tego typu w tamtych latach oparto na podzespołach już produkowanego auta osobowego. W przypadku Żuka za dawcę układu napędowego i jezdnego posłużyła żerańska „Warszawa”. Prace trwały ekspresowo – rozpoczęto je w 1956 roku, a pierwszy prototyp był gotowy już rok później. Pierwsza seria informacyjna w lubelskiej Fabryce Samochodów Ciężarowych powstała w 1958. Ze względu na późniejsze problemy z wprowadzeniem do produkcji jego następcy Żuka produkowano 40 lat. Wytwarzanie Żuków zakończono w 1998 roku po wyprodukowaniu grubo ponad pół miliona samochodów.

Choć rzadko, to jeszcze i dziś Żuki służą jako lekkie samochody gaśnicze. Na zdjęciu Żuk, ze swym następcą Lublinem. Zdj. Felek via wikimedia commons

Żuk w PRL był samochodem orkiestrą. Pracował w instytucjach państwowych, w rolnictwie, służył w pogotowiu czy policji (choć tutaj była popularniejsza Nysa), gasił pożary w straży pożarnej. Na przełomie lat 80. i 90. budował w Polsce kapitalizm. Przez cztery dekady przeszedł szereg modernizacji, otrzymał m.in. silnik wysokoprężny. Nadale jednak od spodu był tym samym samochodem zaprojektowanym w połowie lat 50. na podstawie już wtedy niemłodej Warszawy. Po zakończeniu produkcji Żuki coraz bardziej taniały, przegrywał z zachodnia konkurencją. Remonty lubelskich aut były nieopłacalne i większość nich po większej awarii lądowało na złomie. Obecnie budzą coraz większe zainteresowanie wśród kolekcjonerów aut klasycznych. Przedliftowy model tzw „smutek” (nazwany ze względu na kształt przedniej części nadwozia) jest bardzo poszukiwany i jego ceny są coraz droższe. Pomodernizacyjna i popularniejsza wersja również jest już coraz chętniej poszukiwana.

Aby uratować ostatnie jeżdżące egzemplarze. Lubelskie Towarzystow Historii Przemysłu zorganizowało akcję „Ratujmy Żuki, zostały ostatnie sztuki”. Akcja ma na celu zwrócić uwagę na niedoceniany już obecnie wóz, który miał olbrzymi wpływ na historię kraju. Studenci z Politechniki Lubelskiej i członkowie towarzystwa zachecaja do kupowania Żuków, namiawiają towarzystwa ubezpieczeniowe do wyliczania preferencyjnych stawek ubezpieczeń OC na auta tej marki. Pomysłodawca tej akcji dr inż. Leszek Gardyński, naukowiec z PL i wiceprezes towarzystwa ma w planach budowę wraz ze studentami terenowej wersji Żuka o napędzie 6×6. Trzymamy kciuki za akcję i mamy nadzieję, że przyczyni się do ocalenia tego ginącego gatunku.

Autor artykułu
More from Piotr Skowron

Stratolaunch – największy samolot świata

Mamy nowego skrzydlatego rekordzistę, właśnie pokazano Stratolaunch, największy samolot świata.
Czytaj wiecej