Rocketman – kolorowe życie legendy

Zeszłoroczny sukces „Bohemian Rhapsody“ udowodnił, że ludzie chcą oglądać na ekranie biografie swoich muzycznych idoli. Podobnie jak film o Freddim Mercurym, opowieść o Eltonie Johnie rodziła się bardzo długo. Niebawem do kin wejdzie „Rocketman“ i powiem jedno: warto było czekać.

Powyższe nawiązanie do filmu o liderze Queen jest tak naturalne, że zapewne pojawi się w tym tekście jeszcze nie raz. Zresztą sami bohaterowie tych opowieści byli do siebie dość podobni, a w samych ich życiorysach można znaleźć wspólne mianowniki. O filmie Bryana Singera można mówić wiele i zazwyczaj zdania na jedno temat będą podzielone. Zapewne w przypadku obrazu Dextera Fletchera będzie podobnie, jednak do mnie ten film trafił o wiele bardziej, niż biografia Farrokha Bulsary (prawdziwe nazwisko Mercury’ego).

Każdy ma swoje tajemnice

Nie oszukujmy się, podstawową różnicą wspomnianych filmów jest to, że główny bohater Rocketman wciąż żyje i (chyba) ma się całkiem dobrze. To była pierwsza rzecz, jaka mnie uwierała, gdy dowiedziałem się że film powstanie. Bałem się, że może chodzić o jakiegoś rodzaju autopromocję sir Eltona Johna, być może chciał stworzyć film, którego będzie producentem i będzie miał na niego realny wpływ, by nie pojawiły się w nim jakieś niepożądane sprawy. Dodatkowo dziwi czas powstawania filmu – trwało to w sumie od 2011 roku. W końcu jednak rozpoczął się proces produkcyjny i teraz możemy przyjrzeć się efektom.

Taron Egerton jako Elton John, „Rocketman“, dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Kolejny raz, obawiałem się ich. Taron Egerton w głównej roli był dla mnie dość dziwnym i nieoczywistym wyborem, choć uwielbiam tego młodego aktora. Z czasem jednak zacząłem się do tej decyzji przekonywać, a potwierdziły mnie o tym dwie rzeczy. Egerton i Elton John spotkali się na planie Kingsman: Złoty krąg i widać było, że się polubili. Aktor wystąpił również w poprzednim filmie Fletchera Eddie zwany Orłem, więc reżyser wiedział już jak się z nim pracuje i widocznie uznał, że nadaje się do roli piosenkarza. Po pierwszy materiałach promocyjnych, zwiastunach, zacząłem naprawdę wierzyć w ten projekt. Jednak entuzjazm ochłonął po zeszłorocznej premierze Bohemian Rhapsody, który był dla mnie sporym zawodem i ugrzecznioną historyjką, którą ratowała przede wszystkim dobra muzyka. Wiedząc o tym, że Elton John również nie miał spokojnego życia, bałem się że dostanę powtórkę z rozrywki. Na szczęście byłem w błędzie.

Żywa legenda

Pomimo tego, że sama historia dwóch legend rocka jest (przynajmniej ta przedstawiona w filmie) do siebie dość podobna, to już sama forma ich przedstawienia od siebie odbiega. Rocketman jest musicalem i cieszy mnie ta decyzja twórców. Przede wszystkim dlatego, że wychowałem się na musicalach i jestem ich ogromnym fanem. Każdy film z tego gatunku, który wchodzi do kin zwraca na siebie moją uwagę. Dodatkowo ta forma daje większe pole do manewru w tym, co chcemy na ekranie pokazać. W przypadku biografii Eltona Johna jest to wyraźnie widoczne. Granica między snem a jawą, momentami się tu zaciera, co jest idealnym odwzorowaniem stanu, w jakim bohater filmu nie raz się znajdował – wszak wszelkie używki nie były mu obce. Na plakacie do filmu widnieje napis „based on a true fantasy“ i to stwierdzenie jak ulał oddaje nam to, co możemy w filmie zobaczyć. Sam musical pozwala również na wspaniałe aranżacje znanych i lubianych przebojów muzyka.

Bryce Dallas Howard jako Sheila Eileen, „Rocketman“, dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Nie oszlifowany diament

Ogromną zaletą filmu jest sam Taron Egerton, który osobiście zaśpiewał wszystkie piosenki. Swój talent wokalny potwierdził już wcześniej, między innymi w animacji Sing – gdzie nawet śpiewał „I’m Still Standing” Eltona Johna. Należy sobie zadać pytanie: kiedy ten aktor nagra swoją solową płytę? Ten niesamowity głos i talent nie może się marnować! Wielokrotnie podczas seansu zastanawiałem się, czy to aby na pewno nie jest wykonanie oryginalne i po prostu lip sync aktora (tak jak to było w przypadku filmu o liderze Queen), ale nie, wszystko zaśpiewane w 100% przez Egertona. Doszedłem jednocześnie do wniosku, że skoro Remi Malek otrzymał Oscara za rolę Freddiego, to Taron powinien dostać dwa Oscary. Niestety, wiem że raczej do tego nie dojdzie, jednak liczę np na Złote Globy, gdzie jest kategoria poświęcona musicalom. Nie można jeszcze nie wspomnieć o kostiumach, które są tak kolorowe, niepowtarzalne i… kiczowate, że naprawdę mamy wrażenie, że na ekranie oglądamy Eltona Johna we własnej skórze. Oby nagrody za to posypały się z nieba!

Zresztą ten film stoi naprawdę mocno aktorsko. Poza Egertonem pojawiły się tu takie nazwiska jak Jamie Bell (znany z głównej roli w Billie Eliot), Richard Madden (Gra o tron) w roli zimnego oportunisty Johna Reida czy Bryce Dallas Howard w doskonałej roli matki Eltona. 

Taron Egerton jako Elton John i Richard Madden jako John Reid, „Rocketman“, dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Niestety, nie pozwólmy, żeby „plusy nie przesłoniły wam minusów“. Na szczęście tych drugich nie ma tu wiele. Forma musicalu momentami za bardzo stopuje dramatyzm w niektórych scenach. Odniosłem wrażenie, że twórcy na siłę próbują wcisnąć sekcje śpiewane w miejscach, gdzie nie jest to konieczne. Gdyby w kilku momentach zdecydowano się na zaniechanie piosenek i pozwolono aktorom robić to, w czym są najlepsi, to całość prezentowałaby się nieco bardziej. Przez to film może nie trafić do tak wielu widzów – choć do fanów Eltona Johna trafi na pewno. Poza tym, miejscami brakuje to rozmachu, który znaleźliśmy np w Bohemian Rhapsody w scenach koncertowych. Tu znaleźliśmy świetne wykonania piosenek, ale zabrakło tego „wow!“, które dosłownie by nas porwało do tego, by tańczyć na sali kinowej. Choć początkowe sceny zapowiadały, że dostaniemy wiele takich momentów, to z czasem film robił się w tym temacie spokojniejszy. Nie oznacza to jednak, że wypada źle. Gdyby tylko dać nieco więcej mocy, to wyszłoby to zdecydowanie lepiej.

Taron Egerton jako Elton John, „Rocketman“, dyst. United International Pictures Sp z o.o.

Show, które wpada w oko i słuch widza …

Dexter Fletcher stworzył film, do którego chcę wrócić i wrócę do niego jeszcze nie jeden raz. Zupełnie odwrotnie, niż w przypadku filmu o liderze Queen – w którym Fletcher również maczał swoje reżyserskie palce, gdyż to on domykał produkcję filmu po tym, jak z planu został wyrzucony Bryan Singer. Jest to o tyle dziwne, gdyż fanem Queen jestem od dziecka, a twórczość Eltona Johna znam raczej wybiórczo. Niemniej, to właśnie jego biografia zdobyła moje filmowe serce. Nie jest to film bez wad, ale zdecydowanie ma więcej zalet niż jego zeszłoroczny „brat“. Pomimo musicalowej formy i zabawy konwencją, czuć tu sporo dramatyzmu. Dramatyzmu, który nie jest tu ani wymuszony, ani nie jest na siłę. Wątki są tu bardzo sprawnie prowadzone, nie mamy wrażenie skracania i spłycania postaci. Na koniec wierzymy, że otrzymaliśmy historię prawdziwego rockmana, rozumiemy jakie wydarzenia go ukształtowały i doprowadziły do jego wyborów. Wprost odwrotnie, niż miało to miejsce w filmie o Mercurym. Rocketman bierze z zaskoczenia, bo naprawdę nie spodziewałem się, że aż tak mi się spodoba. Trzeba się również przygotować na to, że już wracając z kina, włączycie w słuchawkach ścieżkę dźwiękową z największymi przebojami Eltona – oczywiście w fenomenalnym wykonaniu Tarona Egertona.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Borys Szyc jako marszałek Józef Piłsudski

Na ten rok przypada setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Z tej...
Czytaj wiecej