“Rojst” – hit czy kit?

Zakończył się pierwszy sezon serialu „Rojst”. Czy jednak olbrzymie oczekiwania widzów zostały spełnione przez Showmax?

Jedno z całą pewnością należy stwierdzić – w polskich serialach dzieje się niemało. I nie mówię tu o telenowelach, tylko porządnych seriach, głównie kryminalnych. Pisałem niedawno o „Nielegalnych” Canal+, całkiem ciekawie po dwóch odcinkach zapowiada się TVNowska „Pułapka”, mieliśmy również „Belfra” i „Watahę”. Nawet pierwszy sezon „Diagnozy” był nad wyraz ciekawy jak na serial o lekarzach, gdzie do tej pory prym wiodło tasiemcowate „Na dobre i na złe”. W gronie najlepszych znajduje się oczywiście „Rojst” stworzony przez platformę Showmax. Przyznam się, że specjalnie dla tej produkcji wykupiłem dostęp do Showmaxa. Nie będę się wypierał, że nastąpiło to po pierwszych informacjach o serialu, całkiem niezłym ogólnodostępnym prologu i świetnym teledysku z coverem „Wszystko czego dziś chce” Izabeli Trojanowskiej wykonaniu Moniki Brodki.

Jednak dziś, po obejrzeniu piątego, ostatniego odcinka pierwszego sezonu mam mieszane uczucia. Szumne zapowiedzi obiecywały wiele: fortuna wydana na produkcję, galeria sław w obsadzie i niesamowita historia. Tymczasem “Rojst” jest niesamowicie nierówny. Aż chce się przytoczyć popularne u nas powiedzenie: „chcieli dobrze, a wyszło… jak zwykle”. Całkiem zmyślnie skonstruowana historia, zaczynająca się od morderstwa lokalnego działacza partyjnego i prostytutki, z wydarzeniami sprzed 40 lat w tle, została nieco zmarnowana.

O ile na początku pojawiały się kolejne niesamowite zwroty akcji, to zakończenie serii było po prostu policzkiem w twarz dla widza. Wątki zostały rozwiązane w banalny i prosty sposób, często po prostu opisowy. Dobra opowieść stopniuje napięcie, a tymczasem “Rojst” serwuje nam parabolę. Nie mam na myśli definicji literackiej, a matematyczną. Na początku napięcie rośnie do momentu, w którym scenarzysta z reżyserem wyprztykali się z pomysłów, a następnie leci w dół, aby sięgnąć dna w ostatnim odcinku. Banalne rozwiązanie głównego wątku oraz pobocznego związanego z lasem i historią Wanycza koresponduje z innymi, pobocznymi, które po prostu giną podczas serialu. Podobnie jest z historią samobójstwa pary licealistów. Owszem, ma to pewien związek ze śledztwem przeprowadzanym przez Wanycza i Zarzyckiego oraz wspomnieniami tego pierwszego sprzed kilku, jak i kilkudziesięciu lat. Tyle, że widz spodziewał się jeszcze więcej.

Osobnym tematem jest gra aktorska. Prym w tej dziedzinie wiedzie oczywiście Andrzej Seweryn (Witold Wanycz), który dla mnie im jest starszy, tym lepszy. Stworzył genialną postać zgorzkniałego dziennikarza, który pogodził się z PRLowską mentalnością ludzi, machiną władz i prasą na jej smyczy. Widać doskonale rozdarcie między chęcią poszukiwania przeszłości, a tu i teraz.

Mniej przekonująco (co nie znaczy, że źle) wypadł Dawid Ogrodnik (Piotr Zarzycki). Przez większość serialu wydawał mi się nieco infantylny, a niektóre sceny, gdzie grał bohatera męskiego i odważnego, jeszcze bardziej ten infantylizm obnażały. Żeby nie było, że jestem uprzedzony, w „Jesteś Bogiem” był świetny.

Brawa należą się za to dla niemałej rzeszy aktorów drugoplanowych. Z wielką radością zobaczyłem niezwykle lubianego przeze mnie, a ostatnio mało widywanego Zdzisława Wardejna (sierżant Jankowski). Ważną dla intrygi, aczkolwiek niewielką rolę śliskiego milicjanta Kulika doskonale zagrał Jacek Beler – ten szelmowski uśmieszek spod wąsa i dymionych okularów – nie do podrobienia. Ciekawym i udanym eksperymentem było obsadzenia naturszczyka i piosenkarza, Marka Dyjaka, w roli byłego boksera, Haśnika. Wielce rozczarowani, włącznie z piszącym te słowa, byli miłośnicy talentu Piotra Fronczewskiego. Jak wydawałoby się po prologu, grana przez niego postać kierownika miejscowej knajpy będzie jedną z bardziej znaczących w serialu. Tymczasem pojawia się on tylko w kilku niezbyt ważnych scenach.

Na koniec jeszcze słowa o scenografii. Olbrzymie brawa dla całego zaplecza – wnętrza wyglądały na wprost przeniesione z lat 80., a aktorzy byli doskonale ubrani. Znalazło się jednak parę zgrzytów – jak mieszkanie Wanycza, ale jeśli chodzi o całokształt, to jest to jeden z lepiej zrealizowanych pod tym względem seriali traktujących o schyłkowym okresie PRL. Mała uwaga dla producentów – w latach 80. po polskich ulicach poruszały się również pojazdy zachodnie, a nie tylko te wyprodukowane w Krajach Demokracji Ludowej.

Muszę się przyznać, że “Rojst” stanowi dla mnie spory problem. Naprawdę trudno go jednoznacznie ocenić. Ma dość długą listę zalet, ale i niemało wad. Jest na pewno bardzo ciekawą produkcją, choćby ze względu na to, że osadzono go w mało popularnych realiach pookrągłostołowych. Jednak, czy aby obejrzeć kolejny sezon, ponownie opłaciłbym dostęp do Showmaxa? Musiałbym się naprawdę porządnie zastanowić, oczywiście jeśli tylko zarząd platformy zdecyduje się na kontynuację serialu.

Autor artykułu
More from Piotr Skowron

Sokół Milenium z Lego – największy zestaw w historii.

Takiego zestawu jeszcze nie było, Duńczycy przygotowali coś specjalnie dla fanów Gwiezdnych...
Czytaj wiecej