Ruinenlust – żądza wielkiego końca

Ruinenlust, Giovanni Battista Piranesi, Avanzo del Tempio della Speranza Vecchia (1756), Wikimedia Commons
Giovanni Battista Piranesi – "Avanzo del Tempio della Speranza Vecchia" (1756), fot. Wikimedia Commons
Dzień powszedni jest kolażem przeestetyzowanych fantazmatów. To produkt syntetycznego piękna, które da się z powodzeniem przescrollować – kompozycja pulsująca w rytm doskonałej symetrii twarzy, gestów, spojrzeń, przedmiotów i podmiotów.

Dyrygentką tej perfekcyjnej imaginacji jest współczesna architektura – nadopiekuńcza matka trzymająca swoje postmodernistyczne dzieci pod kloszem. Wielka scenografka dekorująca teraźniejszość utopijnymi pałacami kultywującymi ideę wzniosłości naszej cywilizacji. Owa urojona codzienność nosi w sobie jednak pewną rysę. Nieznaczne, aczkolwiek interesujące pęknięcie, które czasem pozwala zajrzeć pod powierzchnię fantazji. Jeśli spektakularne budowle odzwierciedlają sen o uniwersalnej harmonii dzisiejszego świata, to drugą, mniej wyidealizowaną stroną medalu są ruiny.

To zjawisko najlepiej oddaje niemieckie hasło ruinenlust

Detroit jako stolica “ruin porn”

Dosłownie oznacza ono obsesję na punkcie ruin, odnosząc się właśnie do potrzeby znalezienia rysy na idealnym obrazie. Zafascynowanie degeneracją perfekcji to już tendencja (pasja albo choroba) cywilizacyjna. Wystarczy pogmerać w zakamarkach cyberprzestrzeni, by natrafić na szereg witryn celebrujących wizerunki budowli w stanie rozkładu. Zazwyczaj fotografie, a czasami rysunki i grafiki, które karmią się gruzowiskowym fetyszyzmem, są oblepione hashtagiem #RuinPorn. Zangielszczony odpowiednik oryginalnej koncepcji trafia w sedno wartości symbolicznej fenomenu. Na zrujnowany budynek rzeczywiście należałoby spoglądać przez pryzmat pornograficzny.

Czym są pokawałkowane resztki budowli, jeśli nie jej absolutnym, wręcz wulgarnie bezpośrednim obnażeniem się? Monumentalna wieża schodzi z poziomu fantazji do poziomu realnego, dopiero gdy pęka na naszych oczach. Zapisana w odpowiednich proporcjach dostojność obiektu nosi bowiem znamiona fałszu. To jedynie kostium uszyty po to, by przykrywać to, co znajduje się pod spodem. Arcydzieła architektury za życia funkcjonują niczym gigantyczne postaci odziane w kombinezony, zakrywające ich cielesność. Zyskują prawo do swojej nagości dopiero po śmierci. To byty, które dopiero przecięte na pół, poszatkowane, nadgryzione zrzucają z siebie sztywne gorsety.

Odbiorca podziwiający taki obraz jest więc konsumentem jakiegoś rodzaju pornografii. Kimś, kto znajduje niebywałą satysfakcję w nagości absolutnie dosłownej. Obserwacja kapitulacji wielkiego budynku jest w pewien sposób aktem perwersyjnego podglądactwa. Widz zastaje obiekt swojego pożądania w sytuacji skrajnie intymnej i to podwójnie. Nie dość, że budynek stoi przed nim metaforycznie i dosłownie rozebrany, to na dodatek równocześnie swoim opłakanym stanem przyznaje się do własnej niedoskonałości.

Symbol potęgi współczesnej kultury pada na kolana, wiedząc, że już nigdy się z nich nie podniesie. Nagle przedmiot zostaje odarty ze swojego dotychczasowego znaczenia i przeobraża się w anonimową rzecz. Zupełnie jak aktorzy pornograficzni wyrzuceni poza kontekst symboliczny swojego człowieczeństwa, zamieniają się w pokryte żywą skórą i kośćmi manekiny.

Ruinenlust egzystuje w zgodzie z innym kulturowym fenomenem współczesności, czyli muzealnictwem

Wideoesej na temat estetyki ruinenlust w popkulturze

Wizyta w muzeum to w istocie przechadzka po gruzowisku cywilizacji. Im eksponat jest starszy oraz wyraźniej nadgryziony bezlitosnym zębem czasu, tym bardziej atrakcyjny się staje. Pożółkłe karty manuskryptów wydobywają z nich pośmiertną mądrość, poszarpane rogi płócien odkrywają dostojność, do której obraz nie dorósł za życia, a mętna sepia wyciąga z fotografii wcześniej nierozpoznaną mistyczną aurę. Muzealne obiekty są trupimi bohaterami historii, schowanymi na zawsze do zamrażarki.

Intensywne tempo naszego wieku jeszcze przyspieszyło ten proces. Droga, jaką obiekt przechodzi, by stać się eksponatem, jest coraz krótsza. Wydaje się wręcz, że obecnie przedmiot już w chwili swoich narodzin żyje, by zostać ruiną pozostałą po pierwotnej, doskonałej strukturze. Analogicznie, dzisiejsze osiągnięcia architektury często sprawiają wrażenie oczekujących na zawalenie się albo wyburzenie. Są jak piosenki z kanonu muzyki rozrywkowej czekające na producenta, który poszatkuje je na sample.

Tak zwane ruin porn pełni również funkcję terapeutyczną. Pasja do ruin budowli może bowiem pomagać w oswojeniu koncepcji śmierci. Podobną fascynacją ludzkość obdarza przecież rozmaite makabryczne fotografie przedstawiające ofiary kataklizmów czy śmiertelnych wypadków, a także wszelkiego rodzaju materiały poświęcone sekcjom zwłok. Za ekscytacją spowodowaną zrujnowanymi budynkami stoi bardzo podobny mechanizm.

Koncept śmierci, przerażający głównie przez swoją abstrakcyjną naturę, zostaje zredukowany do (jak wspomniałem wcześniej, wręcz pornograficznej) dosłowności. Zniszczony budynek – niczym nieruchome ciało – podsuwa nam narrację, której wszyscy podskórnie pragniemy. Sugeruje nadzieję na odnalezienie klarowności w niejasnym epilogu egzystencji. Ruinenlust opiera się na dającej poczucie komfortu wierze w realność makiety świata post mortem. Perspektywa niepokojącego Nieznanego wydaje się nie do zniesienia, więc jedynym doraźnym rozwiązaniem jest stworzenie sobie iluzorycznej konkluzji.

I choć ruinenlust czy ruin porn wydają się dość niszowymi obsesjami garstki osobliwych (anty)estetów, w istocie są to tendencje znacznie bardziej uniwersalne

Internetowe eksploracje starych ruin

Nie trzeba nawet przeglądać galerii prawdziwych ruin. Wystarczy przejść się do jednej z modnych kawiarni czy restauracji w centrum miasta. W środku obok estetycznie satysfakcjonujących przedmiotów znajdziemy na przykład zakurzone, rozstrojone pianino, najeżony drzazgami, wiekowy stół czy tę jedną, wyjątkową ścianę, która odsłania przed nami wszystkie swoje cegły.

Pragnienie zamachu na ideał siedzi w nas wszystkich. Wszyscy podświadomie chcemy absolutnego, ostatecznego demontażu naszej rzeczywistości. Egzystujemy na kartach historii pozbawionej ostatniego rozdziału. Piszemy więc na kolanie epilog, karmiąc się własnoręcznie skonstruowaną iluzją. Ta iluzja przybiera kształt niedoskonałej ruiny – rozkładającego się obiektu pozwalającego śnić sen o akceptacji nieuchronnego finału.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

“Lamentations” Williama Basinskiego to ambient epoki zdalnej

Miłośników muzyki eksperymentalnej, którzy kojarzą Williama Basinskiego z brzmieniami medytacyjnymi, czeka lekkie...
Czytaj wiecej