THE PODRÓŻ CZ.15 – Santiago

Santiago Praia
Cały kłopot z Wyspami Zielonego Przylądka polega na tym, że prawie wszyscy turyści rozpoczynają i kończą pobyt w tym kraju na Sal, na której poza faktycznie fantastyczną plażą, literalnie nic nie ma. A później – panuje skądinąd słuszna opinia, że… „tam jest piękna plaża i nic poza tym”. Gdy tymczasem wysp jest aż 10 (tych większych), a trzy które udało mi się zwiedzić, są o niebo od Sal ciekawsze, Sao Antao zaś zajmuje miejsce w pierwszej trójce na mojej liście osobiście widzianych najpiękniejszych miejsc świata.

Po czterogodzinnym locie z Lizbony lądujemy na Santiago, w Prai. Stolica Wysp Zielonego Przylądka jest miastem bardzo przyjemnym. Niepodobnym do żadnego innego na kontynencie, czystym, dobrze zorganizowanym, ładnym i bezpiecznym, z nieoszukującymi taksówkarzami (sic!).

Na plateau bije serce tej niewielkiej metropolii. Mamy tam i pałac prezydencki, deptaki, targ, zabytki, kawiarnie z nieziemskimi słodyczami. Piękne widoki na miasto dolne, z latarnią morską (dramatycznie epicko samotną na cyplu), z plażą, na której bawili się mieszkańcy walcząc z gigantycznymi falami, także świetnymi knajpami czy barami. W ogóle, w Prai, można dobrze podjeść i miło co nieco wypić.

Udaje nam się wynająć samochód, ruszamy na objazd wyspy nowo zbudowaną szosą. I zgodnie z tym, co piszą przewodniki, Santiago okazuje się nie do wytrzymania wręcz piękne. Szczególnie odcinek z Tarrafal, niewielkiego kurortu położonego na północy wyspy, gdzie odbywa się bardzo ciekawy targ rybny, jest popularna plaża, kolonialna architektura, senna nieco atmosfera oraz gdzie można spędzić leniwe wakacje w jednym z kilku hoteli o dobrym standardzie.

Droga do Prai wiedzie przez szczyty wzniesień, pnie się i opada po zboczach

Na samej górze dmie ostry przeraźliwie zimy wiatr, podczas gdy na dole – nie do zniesienia gorący. Władze wyspy (zdaje się, że we współpracy z UE) zainwestowały w przygotowanie szlaków pieszych i coraz więcej turystów z kijami w rękach na Santiago się pojawi. Faktycznie, widoki ze szlaków są nieoddawalne przez żaden aparat, wybaczcie egzaltację – zapierają dech w piersiach.

Okrążamy stolicę obwodnicą i jedziemy do bardzo popularnego, wśród turystów, najstarszego miasteczka na Cape Verde – Citade Velha, Miejscowego Kazimierza. (Jeśli wolno mi takiego porównania użyć.)

Z górującej nad miasteczkiem fortecy Sw. Filipa roztacza się (dramatyczny i epicki naturalnie) widok na okolicę. Na rynku wśród atrakcji jest Rue Banana (najstarsza zachowana ulica Afryki subsaharyjskiej z budynkami jeszcze z XVI wieku). Jest i pręgierz (jeśli może być w jakikolwiek sposób atrakcyjny), gdyż przez wieki było to miejsce handlu niewolnikami, których tutaj przymusowo chrzczono, by zwiększyć ich wartość.  

W Citade są oczywiście są sprzedawcy pamiątek, którzy potrafią powiedzieć w każdym właściwie języku coś do kupującego, żeby zwiększyć swoje szanse na transakcję. Nie zdziwiłem się za specjalnie, że usłyszawszy, że jestem z Polski, sprzedawca wyrecytował „Dzień dobry, k. mać”.

Jedziemy jeszcze do Porto Mosquito, gdzie absolutnie nic nie ma

Tam kończy się droga, i to jest cudowne, a następnie wracamy do Prai na wyżerkę do grill-baru nieopodal naszego hotelu. Nic dziwnego, że jest polecany przez absolutnie każdy z przewodników po tym mieście, gdyż kurczę pieczone z tegoż przybytku śni mi się jeszcze do dziś, zastanawiam się, czym ptaka posypano… Było to doznanie kulinarne zaiste nieziemskie.

Po wyspie można podróżować także busem, bilet na aluger kosztuje ok. 500 escudo, a za wynajęcie samochodu trzeba zapłacić około 50 USD za dobę. Noclegi w Prai są o ok. 30% droższe niż na innych wyspach, i w ogóle ceny na Cape Verde nie są zbyt niskie, ale i tak – jak na najdroższy kontynent świata, jakim jest Afryka – jest tam powiedzmy, że przystępnie.

Między wyspami generalnie podróżuje się samolotami

Promy nie mają zbyt dobrej opinii, choć pojawił się ostatnio wypasiony pasażerski katamaran łączący większość wysp. Ale – po pierwsze sami wyspiarze niewiele o tym środku transportu wiedzieli, a po wtóre – ta część Atlantyku jest wyjątkowo niesforna, płynie się przez… Łotwę, jeśli wiecie co mam na myśli.

Z lotniska w Prai można się dostać na każdą wyspę z czynnym lotniskiem, połączenia są obsługiwane przez linie lotnicze z Wysp Kanaryjskich oraz przez miejscową, TACV (w połowie należącą do… Iceland Air!), znalezienie biletów tańszych niż 70 euro za odcinek, może być trudne.

I za owe 70 euro lecimy na Sao Vincente, skąd łódką (niestety, trochę przez Łotwę) płyniemy jeszcze godzinę na Sao Antao.

More from Rafał Turowski

Ceremonie Zimowe w Teatrze WARSawy

Co ważniejsze – życie czy śmierć? I co wygra w tzw. ostatecznym...
Czytaj wiecej