Sean Connery (1930-2020) – nie tylko James Bond

Sean Connery, James Bond, EON Productions
Sean Connery jako James Bond, fot. EON Productions
Miał 90 lat, olbrzymi wpływ na kino drugiej połowy XX wieku oraz wiele ciekawych perypetii życiowych, z których zawsze potrafił się wykaraskać niczym najsłynniejsza postać, jaką odgrywał. 31 października odszedł jeden z największych, ale pozostawił nam olbrzymią spuściznę filmową.

Powiedzieć o Connerym, że był aktorem wybitnym, to jak nie powiedzieć niczego, choć nie każdy rozpływa się nad jego grą. Faktem jest, że przez większość niemal pięćdziesięcioletniej kariery Szkot musiał mierzyć się z rozmiarem legendy, którą sam wykreował. Angaż do roli Jamesa Bonda – z której kojarzy go większość widzów – zapewnił mu rozpoznawalność, sławę i pieniądze. Okazał się jednak brzemieniem, które – gdyby nie zakończył współpracy – mogłoby przekreślić resztę jego osiągnięć. Tak się na szczęście nie stało, a Sean Connery wielokrotnie dowodził w późniejszych latach, że kojarzenie go wyłącznie z Bondem, to nie tyle błąd, ile zwyczajna nieznajomość kinematografii.

Pracowity chłopak z Edynburga

Lana Turner, Sean Connery, Inne miejsce
Lana Turner i Sean Connery na planie dramatu “Inne miejsce” (1957), fot. Wikimedia

Sean Connery urodził się w 1930 roku – w innych czasach, w innym świecie. Dziś zapisy dotyczące jego dzieciństwa mogą szokować, lecz wówczas pracujący dziewięciolatek nie robił na nikim wrażenia. A mały Thomas (swoim drugim imieniem zaczął posługiwać się dopiero jak aktor) pracy się nie bał. To dość naturalne, biorąc pod uwagę, że pochodził z biednej, szkocko-irlandzkiej rodziny. Matka Szkotka była sprzątaczką, ojciec Irlandczyk pracował natomiast jako kierowca ciężarówki, a później w fabryce. Między innymi dlatego przyszły Agent Jej Królewskiej Mości edukację zakończył w wieku zaledwie 13 lat. Jeszcze wcześniej zaczął roznosić mleko; później pracował też m.in. jako pomocnik rzeźnika, a mając 17 lat, zaciągnął się do marynarki wojennej. Tam jednak nie zagrzał miejsca, wracając do domu i dalej zajmując się dorywczymi pracami.

Dorosły i słynny już Sean Connery przyznał, że wybierał wówczas jedyne, do czego się nadawał. Czasy i pochodzenie zwyczajnie nie dawały mu zbyt wielkich szans na sukces, choć powoli zaczynał układać sobie w głowie to, kim chce być. W czasie służby oraz po jej zakończeniu sporo ćwiczył – nazwanie tego kulturystyką jest lekką przesadą, ale tężyzna fizyczna i uroda Szkota prędzej czy później musiały okazać się przepustką do aktorstwa. Zanim to się jednak stało, zdarzyło mu się choćby pozować do aktów w edynburskiej szkole artystycznej. Dorabiał też m.in. przy produkcji trumien.

Przez cały ten czas młody Thomas Sean Connery wykazywał również olbrzymi talent piłkarski. Grywał co prawda w niższych klasach rozgrywkowych, w barwach Bonnyrigg Rose Athletic F.C., ale legendy głoszą, że zainteresowanie nim wyrażały Celtic Glasgow oraz wielki Manchester United. On sam co prawda zaprzeczał doniesieniom, choć faktem jest, że otrzymał propozycję kontraktu od Matta Busby’ego – legendarnego trenera Czerwonych Diabłów. To był moment zwrotny w jego życiu.

23 lata na karku – pora wybrać drogę

W momencie, gdy jego piłkarskie występy przykuły uwagę managera Manchesteru United, Sean Connery wiedział już, że nie tym chce się zajmować. Miał 23 lata i świadomość, że przed nim co najwyżej dekada sportowej kariery – a z czegoś trzeba żyć. Kontrakty piłkarskie nie oznaczały wówczas życia na poziomie – to była pasja, za którą otrzymywało się dość standardową wypłatę. Szkot już wówczas wykazywał jednak zainteresowanie czymś – jak mu się wydawało – znacznie bardziej przyszłościowym. Nie pomylił się.

Dzięki urokowi osobistemu oraz urodzie bez trudu zyskał angaż na lokalnej scenie teatralnej. W otoczeniu ludzi oczytanych Sean Connery dostrzegał swoje edukacyjne braki, ale uznał to za impuls do rozwoju. Sporo czytał i stale ubiegał się o kolejne role. Lata 50. to przede wszystkim jego występy teatralne oraz telewizyjne. Pierwszą ważną rolą okazał się natomiast Michael McBride z filmu “Darby O’Gill and the Little People”. Podobno to jedna ze scen tego obrazu, w której postać Connery’ego walczy wręcz, tak zachwyciła producentów z EON Productions, że zdecydowali się na zaangażowanie do roli Jamesa Bonda właśnie Szkota.

Bond. James Bond

Sean Connery, James Bond, EON Productions
Sean Connery jako James Bond, fot. EON Productions

Adaptacja powieści Iana Fleminga była na początku lat 60. czymś więcej niż tylko filmem szpiegowskim. EON Productions właściwie zapoczątkowało wówczas nurt kina akcji, dotąd reprezentowany na srebrnym ekranie co najwyżej jako element, nie motyw filmu. Sean Connery jest więc współautorem tego epokowego w dziejach kinematografii wydarzenia. Jego kreacja przeszła zaś do historii, do dziś pozostając ulubionym Bondem największych fanów serii. Co ciekawe, ubiegając się o rolę w 1961 roku, Connery pokonał między innymi starszego o trzy lata Rogera Moore’a, który to Agentem 007 został, gdy Szkot stwierdził, że pora odejść.

Sean Connery wielokrotnie powtarzał, że choć mógł kręcić kolejne filmy o Bondzie, nie chciał zostać zaszufladkowany. Początkowo wystąpił w pięciu odsłonach serii: “Doktorze No” (1962), “Pozdrowieniach z Rosji” (1963), “Goldfingerze” (1964), “Operacji Piorun” (1965) oraz “Żyje się tylko dwa razy” (1967). W 1969 producenci zdecydowali się na fatalny w skutkach eksperyment, zastępując Connery’ego George’em Lazenbym w filmie “W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości”. W 1971 roku Szkot ponownie wszedł w buty Agenta 007 – jak się wówczas zdawało, żegnając się z rolą – w “Diamenty są wieczne”.

Z niejasnych chyba nawet dla niego samego przyczyn postanowił jednak wrócić raz jeszcze – w 1983 roku, w niezależnym remake’u “Operacji Piorun” zatytułowanym “Nigdy nie mów nigdy”. Ocena tego dzieła jest jednak trudna – z jednej strony to niemal dwadzieścia lat technologicznego rozwoju kinematografii, z drugiej zaś zdecydowanie słabsze elementy składowe bondowskiego świata, jeśli porównamy je z oryginalną serią EON Productions. To jednak nie miało większego znaczenia – Sean Connery był już bowiem zupełnie innym aktorem, który zwyczajnie mógł sobie pozwolić na taki eksperyment.

Wielki aktor, którego mało co nie zaszufladkowaliśmy

Nietykalni, Brian De Palma, Paramount Pictures
Zdjęcie z planu “Nietykalnych” (1987), fot. Paramount Pictures

Obawy Connery’ego dotyczące zaszufladkowania był oczywiście słuszne. Postać Jamesa Bonda dała mu sławę i rozpoznawalność, ale też odcisnęła na nim swoje piętno. Łącznie siedem, a oficjalnie sześć odsłon cyklu wystarczyło, by to właśnie z 007 kojarzyć Szkota. Ten jednak zdawał się rozdawać karty – dzięki kontraktowi z EON miał zapewnioną wolność twórczą i mógł skupiać się na rolach, które go interesowały. Szybko dał się poznać jako talent – a nie tylko amant z pukawką i gadżetami. Już w 1964 roku wystąpił u Hitchcocka i choć “Marnie” nie jest owiane sławą równą “Psychozie” czy “Ptakom”, film zdecydowanie należy do czołówki psychologicznych thrillerów tamtych lat. Sean Connery dwukrotnie wystąpił także u wielkiego Sidneya Lumeta – we “Wzgórzu” (1965) oraz “Agresji” (1973). Zagrał też w dramacie wojennym “O jeden most za daleko” Richarda Attenborough; a w latach 80. doskonale odgrywał zarówno pierwsze skrzypce w “Imieniu róży”, jak i wspomagał popisy Christophera Lamberta w “Nieśmiertelnym”.

W 1987 roku Sean Connery wystąpił natomiast w kultowych “Nietykalnych” Briana De Palmy, kradnąc show Costnerowi i De Niro do tego stopnia, że to właśnie Szkota nagrodzono Oscarem. Po tym sukcesie przyszedł natomiast czas, by odegrać inną, choć niemniej rozpoznawalną rolę. Jako ojciec Indiany Jonesa w “Ostatniej krucjacie” Sean Connery wraz z Harrisonem Fordem dali taki popis, że to do dziś jeden z najlepszych filmów rozrywkowych w historii Hollywood. To też moment, w którym Szkot po raz kolejny udowodnił swój kunszt, znów zmieniając swoje oblicze. Tak rozpoznaje się aktorskiego mistrza. W latach 90. Sean Connery powrócił jeszcze do kina akcji, występując w sensacyjnych “Polowaniu na Czerwony Październik” (1990) czy “Twierdzy” (1996). Wiedział jednak, że powoli zbliża się moment, gdy pora zejść ze sceny.

Mężczyzna idealny?

Micheline Roquebrune
Micheline Roquebrune i Sean Connery na zdjęciu wykonanym podczas ich 45. rocznicy ślubu (2020), fot. archiwum prywatne

Mimo że otwarcie opowiadał się za niepodległością Szkocji, w roku 2000 otrzymał tytuł szlachecki od królowej Elżbiety II. Przełom wieków to też jedna z potencjalnie najbardziej dochodowych ofert, jakie otrzymał. Zaproponowano mu bowiem zagranie Gandalfa w trylogii Petera Jacksona o “Władcy pierścieni”. Szkot jednak odmówił, ponieważ za prozą Tolkiena nie przepadał. Ostatecznie przeszedł na emeryturę w 2003 roku, a późniejsze oferty konsekwentnie odrzucał. Nawet symboliczny powrót do cyklu bondowskiego jako Kincade (zarządca rezydencji rodziny Bondów) w filmie “Skyfall”.

Odgrywając w trakcie pięćdziesięcioletniej kariery tak wiele odmiennych, istotnych ról, Sean Connery udowodnił swój kunszt. I choć życie, zwłaszcza na początku, go nie rozpieszczało, mógł uchodzić za wzór do naśladowania – jako aktor i jako człowiek. Jego druga żona, z którą w maju tego roku świętowali 45. rocznicę ślubu, nazywała go mężczyzną idealnym. Z kolei dzieci podkreślają, że zawsze mogły na niego liczyć. Rodzina do końca towarzyszyła mu, gdy odchodził. Jak jednak zaznacza syn – od jakiegoś czasu tracili ojca, u którego zaczęła postępować demencja.

Autor artykułu
More from Damian Halik

William Hall prezentuje perełki drewnianej architektury

Architektura drewniana przechodzi istny renesans, a William Hall postanowił zebrać najciekawsze projekty...
Czytaj wiecej