Serialowy streaming podbija nasze serca

Streaming całkowicie zmienił nasze podejście do konsumowania dóbr kultury.

Obudziłem się dziś ze świadomością, że żyję w bardzo wyjątkowych czasach, a mianowicie, podobnie jak cała reszta populacji, funkcjonuję w epoce serialowego streamingu. Moja egzystencja w dużej mierze oparta jest na produktach Netflixa, Amazona Prime, HBO GO i YouTube. Poranki spędzam przeglądając tweety na temat odcinków najgorętszych serii, popołudniami dyskutuję o nich na Facebooku, a wieczorami godzinami eksploruję ofertę wyżej wymienionych platform. Można by pomyśleć, że zwariowałem, ale przecież inni postępują tak samo. W pracy, na przystanku tramwajowym, w restauracjach i kawiarniach – niemal wszędzie głównym tematem rozmów są ulubione internetowe tasiemce.

Jak to możliwe, że tak mocno wkręciliśmy się w streaming? Przecież gołym okiem widać, że telenowelowy format robi cnotę z rozwleczonej narracji i sprzyja dokręcanym na siłę kontynuacjom. Właśnie przez to historie, które kiedyś mogły być opowiedziane w ciągu dwóch godzin, są sztucznie rozwleczone do kilku dłużących się w nieskończoność sezonów. 

Co więcej, teoretycznie domowe seanse powinny nie mieć szans w starciu ze starą, dobrą kinową zabawą.

Jak w ogóle można porównywać moc wrażeń wielkiego ekranu z tysiącami minut spędzonymi w domu przed laptopem? Oglądanie perypetii ulubionych bohaterów chyba raczej traci urok, gdy używamy małego wyświetlacza, a jednym okiem zerkamy na instagramowe nowości.  

Logo, które jest znane każdemu widzowi
źródło: amazon.com

Poza tym, nie oszukujmy się, rozmaite algorytmy zwykle nie rekomendują nam dzieł z najwyższej półki. Zakładając na przykład netfliksowe konto musimy liczyć się z tym, że maszyna będzie polecać tytuły według koncepcji typowego akwizytora, czyli przekładając komercyjny potencjał nad jakość. Na dodatek tzw. oryginalna oferta programowa zazwyczaj lawiruje gdzieś pomiędzy przeciętnością a kompletną miernością i bardzo często najbardziej interesujące tytuły są po prostu importowane z zewnętrznych źródeł. 

Co więc wywołuje streamingowe szaleństwo? Otóż pierwszym istotnym elementem układanki jest hipnotyzujące działanie mediów społecznościowych.

Wystarczy, by fanpage danego serialu rzucił odbiorcom kilka hashtagów z ładnym zdjęciem i już zaczynają się prawdziwe igrzyska. Fani zalewają sieć milionem komentarzy, z których potem powstają rozmaite scenariuszowe teorie oraz memy. Twórcy oczywiście czerpią inspirację z opinii widowni i następnie wcielają w życie najciekawsze z nich. Nigdy wcześniej nie mogliśmy uczestniczyć w konstruowaniu fabuły aż tak aktywnie i to strasznie kręci każdego z nas.

Drugim składnikiem sukcesu jest nowatorska formuła tzw. “binge-watching”.

Zamiast czekać tydzień na kolejny rozdział opowieści, od razu otrzymujemy cały sezon gotowy do spożycia. Sprzyjający  maratonom patent zaspokaja ludzką potrzebę władzy. Artysta oddaje swe dzieło w ręce publiczności i pozwala na wybór sposobu konsumpcji. Niezależnie od tego, czy będę oglądać jeden odcinek dziennie, czy raczej zdecyduję się na kilkunastogodzinny, pojedynczy seans, to i tak dokonam stuprocentowo samodzielnego wyboru. Pełnometrażowy film, podobnie jak standardowy serial telewizyjny narzucają specyficzny odbiór, natomiast streaming pozwala dopasować ilość oraz częstotliwość do prywatnych preferencji. 

Streaming rośnie w siłę. Coś, co jeszcze niedawno traktowano jako efektowny suplement do innych popkulturowych rozrywek, nagle stało się codzienną atrakcją. Mogę cały dzień i noc krytykować netfliksopodobne projekty, lecz jedno muszę przyznać – wiele z tych przedsięwzięć naprawdę zmieniło kulturę masową. Działania poszczególnych platform nadały sztuce filmowej miana sportu drużynowego. Czy istnieje coś przyjemniejszego niż świadomość, że macie wpływ na serialowe wydarzenia? No pewnie, że nie!

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Dlaczego kręci mnie polska muzyka elektroniczna

Syntetyczne brzmienia z kraju nad Wisłą zawieszają poprzeczkę na mistrzowskiej wysokości.
Czytaj wiecej