Goniąc za UFO, możemy lepiej poznać ziemską atmosferę?

Patrząc w niebo, wielu z nas zastanawia się nad ogromem wszechświata i potencjalnymi jego mieszkańcami. Są i tacy, którzy twierdzą, że mieli z pozaziemskimi istotami kontakt bądź widzieli, jak obcy odwiedzają Ziemię. Wypatrując odległych galaktyk i przybyszów stamtąd, często zapominamy jednak, jak słabo znamy nasze własne niebo i zachodzące tam zjawiska.

Ufologia to znana i szeroko komentowana pseudonauka, ale nie o niej dziś mowa. Zresztą, pogoń za niezidentyfikowanymi obiektami latającymi nie jest przecież zabawą tylko dla dziwaków. Także naukowcy interesują się zjawiskami na ziemskim niebie, zwłaszcza że ich zrozumienie może prowadzić do zaskakujących odkryć naukowych. Zdecydowanie zbyt często stawiamy jednak znak równości między skrótem UFO a kosmitami.

Tymczasem, gdy mowa o niezidentyfikowanych obiektach latających, może to być cokolwiek, także zjawisko atmosferyczne. Czasem bardzo rzadkie, a nawet zupełnie dotąd niespotykane bądź nowe, wynikające z zaistnienia pewnych czynników. Dlatego też naukowcy coraz częściej sięgają po inny skrót – UAP, czyli niezidentyfikowane zjawiska powietrzne. Te jednak nie brzmią już tak sensacyjnie.

UFO na stałe zagościło w społecznej świadomości i popkulturze

Wraz ze wzrostem popularności tego motywu, coraz odleglejsze od założeń okazały się próby rozszyfrowania skrótu. Utrwaliło się bowiem jego powiązanie z kosmitami, nie zaś z podniebnymi wydarzeniami, których nie jesteśmy w stanie zidentyfikować. UAP jest natomiast czymś stosunkowo nowym, ale nie mniej interesującym. Co jednak najciekawsze – poszukiwanie odpowiedzi na pytania naukowe w końcu wraca do korzeni, na równi wykorzystując wiedzę naukową i materiały spoza źródeł akademickich, takie jak nagrania oraz zdjęcia, ale i wywiady z naocznymi świadkami.

Im więcej UFO w popkulturze, tym mniejszą uwagę władze przykładały do realnych badań nad tym zagadnieniem. Warto zresztą pamiętać, że swoisty krzyżyk na temacie niezidentyfikowanych obiektów latających Amerykanie postawili już w latach sześćdziesiątych. Współpracując z Siłami Powietrznymi Stanów Zjednoczonych, zasłużony fizyk (jeden z pionierów mechaniki kwantowej) Edward Condon dość jednoznacznie przekreślił sens dalszych badań.

W opublikowanym w 1968 roku raporcie naukowiec ten stwierdził, że „większość zgłoszeń dotyczących niezidentyfikowanych obiektów latających ma prozaiczne wyjaśnienia”. Co więcej, „w ciągu dwudziestu jeden lat badań nad UFO nie odkryto niczego, co mogłoby poszerzyć stan wiedzy naukowej”. Konkluzja była zaś niezwykle cierpka: „dalsze badania nad UFO raczej nie mogą być usprawiedliwiane oczekiwaniem, że odkrycia posłużą rozwojowi nauki”.

Raport Condona i popkulturowa ekspansja położyły się cieniem na dalszych badaniach

W ciągu kolejnych przeszło pięćdziesięciu lat badania nad niezidentyfikowanymi obiektami latającymi zupełnie przestały interesować świat nauki i krajowe władze. Zdecydowana większość incydentów była wychwytywana przez jednostki wojskowe, ale te zgodnie na całym świecie twierdziły, że nie są zainteresowane zgłębianiem tematu. Coraz więcej pola w tym zakresie oddano zatem ufologom, którzy najczęściej nie dysponowali niczym więcej poza zapałem i determinacją. Temat stał się więc nieciekawy dla naukowców, jako że ci nie lubią być łączeni z zagadnieniami niepoważnymi.

Co ciekawe, Edward Condon tylko częściowo miał rację. Badania UFO, owszem, nie przyczyniły się do poszerzania naszej wiedzy na temat fizyki czy kosmosu. Dostarczyły jednak niebywałej ilości danych na temat… nas samych. Dziś, poza popkulturą, to właśnie w naukach społecznych znajdziemy najwięcej wzmianek o UFO – a właściwie o ludziach, którzy za nimi gonią, i grupach (a nawet kultach), jakie na przestrzeni dekad wytworzyły się wokół tego zagadnienia.

Rok 2022 może być jednak przełomowy. W ostatnich kilku latach dochodziło bowiem do odkryć, które na pozór nie zdawały się istotne, lecz z czasem wybrzmiały z większym rezonem. Ich autorami po części są natomiast ludzie hobbystycznie wypatrujący ciekawych zjawisk w przestworzach. Być może to właśnie oni zainspirowali NASA do uruchomienia nowego programu badawczego, który miałby się zająć ponownym przestudiowaniem tego, co dzieje się na naszym niebie.

Poznajcie Steve’a

Jeśli nie wiecie, czym jest STEVE, nie martwcie się – do niedawna nikt tego nie wiedział. Zjawisko to stało się swoistym symbolem, odkryto je bowiem lata temu, ale bardzo mozolnie dochodzono do prawdy na jego temat. A wszystko zaczęło się w kanadyjskiej Albercie. To właśnie tam, na University of Calgary, działał fizyk Eric Donovan, który zajmował się badaniem zorzy polarnej. Przez lata wśród charakterystycznych, zielonych fal na północnym niebie widywał fioletowe smugi – jak sam mówi – wrzucał je jednak do koszyka rzeczy, które rozumiał.

Innymi słowy: Donovan dorabiał sobie tłumaczenie do tego, co widzi, choć nie miał pewności, na co właściwie patrzy. Stan ten zmienił się natomiast, gdy jego drogi skrzyżowały się w jednym z lokalnych barów z grupą Alberta Aurora Chasers. Dyskutując i wymieniając się zdjęciami zorzy, naukowiec zobaczył zjawisko, które widywał od lat – tym razem jednak zdało mu się bardziej obce, niż dotąd myślał. A ponieważ nie miało jeszcze nazwy, wraz z członkami wspomnianej grupy nazwali je Steve – nawiązując do mistycznego krzaka ze „Skoku przez płot”.

Mijały lata, a Donovan wciąż obserwował zorzę i Steve’a. Chętnie rozmawiał też z innymi, którzy dzielili się z nim swoimi obserwacjami. W końcu, w lipcu 2016 roku, dokonał swoistego przełomu. Steve został uchwycony przez kamery panoramiczne w Saskatchewan, obserwujące całe niebo, a także przez jednego z satelitów Swarm należącego do Europejskiej Agencji Kosmicznej. Okazało się, że Steve’owi towarzyszył duży wzrost temperatury i szybki przepływ gazów. Tak też Steve stał się STEVE-em – bakronim od Strong Thermal Emission Velocity Enhancement – zjawiskiem, któremu towarzyszy silne zwiększenie emisji ciepła.

Ogniste kule na niebie to nie zawsze statki kosmiczne

Podobną historię ma za sobą Stephen Hughes – fizyk z Queensland University of Technology. On także śledził lokalne zjawiska, tyle że na niebie południowym – w Australii. W 2006 roku stan Queensland odwiedzały ogniste kule na niebie, którym towarzyszyła także zielona, tocząca się po ziemi kula. Miłośnicy ufologii oszaleli z radości, ale i Hughes nie dawał za wygraną. Postanowił znaleźć wyjaśnienie tego zjawiska. Przeprowadził wywiad, zbierał od naocznych świadków opisy zjawiska, po czym skonfrontował je z naukowymi obserwacjami.

Lokalne obserwatorium astronomiczne także je odnotowało – wraz z pomiarami i odczytami infradźwięków. W ten oto sposób fizyk odkrył powiązanie między wchodzącymi w ziemską atmosferę meteorami a pojawianiem się piorunów kulistych. Najbardziej enigmatyczna, tocząca się po ziemi, zielona kula okazała się plazmą wytworzoną najpewniej w interakcji między wyładowaniem w atmosferze a powierzchnią Ziemi.

Oba te odkrycia zdają się natomiast świetnym przykładem na to, jak istotne dla nauki jest wyjście z pracowni i konfrontowanie ściśle fizycznych wskazań, wiedzy naukowej i obserwacji – także osób, które nie mają z tego zakresu wiedzy, dzięki czemu mogą dostrzec coś, co naukowcom umyka. I właśnie dlatego tak przełomowy może okazać się nowy program NASA, którego uruchomienie zapowiedziano. Pytanie, czy znajdą się śmiałkowie, którzy odczarują UFO?

Wojskowych UFO nie interesuje, a naukowcy się go boją?

📷Fot. ChasingSteve.com

Największym problemem tego zjawiska jest bowiem jego ciężar gatunkowy. Wojskowi, jak już wspomniałem, nie są zainteresowani naukową stroną niezidentyfikowanych zjawisk. Naukowcy – zwłaszcza ci uznani, zasłużeni w fizyce – nie chcą natomiast być wrzucani do jednego worka z szalonymi ufologami, którzy wszędzie wypatrują przybyszów z obcych planet. Czy jednak można odczarować to zagadnienie? Oderwać je od narastających przez kilkadziesiąt lat kulturowych konotacji i zapewnić badaczom bezpieczeństwo wyrażane w zachowaniu ich obecnego statusu?

Przed NASA trudne zadanie, choć przykłady Donovana czy Hughesa pokazują, że warto. Wypatrujemy bowiem odległych galaktyk i ciał niebieskich podobnych do Ziemi, nie znając jeszcze wszystkich zjawisk na rodzimej planecie. Kanadyjczyk ma jednak dość sceptyczne nastawienie do prób reanimacji naukowego zainteresowania UFO czy UAP. W rozmowie z Sarah Scoles z „Scientific American” stwierdza dość brutalnie, że „odkrywanie nie jest rzeczą napędzającą świat nauki”. Wręcz przeciwnie – obecny system grantów zachęca do pogłębiania wiedzy na tematy już dobrze znane, wymaga bowiem dokładnego wyjaśnienia planu badawczego. Ten zaś jest niemożliwy do stworzenia, gdy patrzymy w nieznane.

Jeśli dodamy do tego, że na roczny budżet nowego programu badawczego NASA ma wynieść zaledwie 100 000 dolarów, losy przedsięwzięcia mogą być z góry spisane na straty. Z niewielkimi zasobami i łatką poszukiwaczy UFO trudno będzie przyciągnąć najlepszych naukowców. O tym jednak przekonamy się w przyszłości, o ile w ogóle program nie zostanie utajniony. Takie posunięcie oznaczałoby bowiem, że agencji przyświecał inny cel, niż obecnie się zdaje. Na tego typu dywagacje jest jednak zdecydowanie za wcześnie.

Zdjęcie u góry strony: STEVE (Strong Thermal Emissions Velocity Enhancement) widziany na nocnym niebie, fot. CDM Wild

Pin It
Damian Halik

Damian Halik

Kulturoholik, level 99. Czas na filmy, książki, komiksy i gry, generowany gdzieś między pracą a codziennymi obowiązkami, zawdzięcza opanowaniu umiejętności zaginania czasoprzestrzeni.