“Tamte dni, tamte noce” – rzuć wszystko i jedź do Włoch

Kilka dni temu poznaliśmy listę filmów, które w tym roku powalczą o statuetkę Oscara. Nie widziałem jeszcze większości tytułów, ale miałem jakiś czas temu przyjemność obejrzeć ten, który ma naprawdę spore szanse na nagrodę.

“Call me by your name” (w Polsce występujący pod tytułem “Tamte dni, tamte noce”) to film, który miałem okazję obejrzeć na ostatniej edycji American Film Festival we Wrocławiu. Do tej pory nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest to najlepszy film jaki tam zobaczyłem. Na pewno bardzo mnie urzekł i przemówił do mojej „emocjonalnej strony”. Jednocześnie posunę się do stwierdzenia, że jest to jeden z najlepszych filmów, które obejrzałem w zeszłym roku, chociaż kompletnie nie przypuszczałem, że będę mógł coś takiego o nim napisać.

Jak teraz o tym myślę, to ten film nie zalicza się do takich, na jakie w pierwszej kolejności zwróciłbym uwagę patrząc na kinowy repertuar. Tak samo było na festiwalu, kiedy studiowałem jego program. Jednak za namową kilku osób, wybrałem ten seans i bardzo dobrze zrobiłem – warto jednak od czasu do czasu posłuchać czyichś rekomendacji.

“Tamte dni, tamte noce” to historia pewnego lata. Lata we Włoszech, gdzie w pewnej willi czas spędza profesor z żoną i synem. Młody Elio (w tej roli genialny Timothée Chalamet) lubi słuchać i komponować muzykę klasyczną, czytać filozofię i szlajać się z przyjaciółmi, flirtując przy tym z koleżankami. Jego ojciec, profesor Perlman, jak co roku zaprasza jednego z wybitnych studentów, by pomógł mu w badaniach. Tym razem pada na Amerykanina (w tej roli Armie Hammer), Olivera. Elio początkowo nie przepada za Oliverem, jednak ich znajomość z czasem zaczyna przeistaczać się w coś więcej.

tamte dni, tamte noce

Najnowsze dzieło włoskiego reżysera Luca Guadagnino, to historia bardzo uniwersalna. Po seansie czułem, że jest mi ona bardzo bliska. Jest również przepięknie opowiedziana i przedstawiona. Krajobraz Włoch, wiejska sielanka, leżenie na trawie i czytanie książek sprawiają, że mamy ochotę się spakować i już dziś tam wyjechać.
Film jest naprawdę emocjonującą historią o dojrzewaniu i poszukiwaniu samego siebie oraz własnej seksualności. Nasi główni bohaterowie przez większość filmu uprawiają ze sobą emocjonalne podchody, a seksualne (ale nie tylko) napięcie sięga zenitu i jest niemalże namacalne. Nie jest to jednak opowieść o relacji czysto seksualnej. Poszukiwanie więzi z drugim człowiekiem, zaciśnięcie jej i późniejsze próby jej utrzymania – to jest w tym filmie najważniejsze.

Patrząc na to, jak zmienia się nasz główny bohater, można dostrzec, jak wiele z niego możemy odnaleźć w naszych doświadczeniach. Któż z nas nie zakochał się wakacyjną porą i nie płakał, gdy nadszedł dzień rozstania? Kto nie cierpiał, gdy uświadamiał sobie, że może więcej już nie zobaczyć osoby, przy której jego serce bije szybciej? “Tamte dni, tamte noce” mogą być filmem bardzo bolesnym, jeśli tylko pozwolimy mu wejść w nas nieco głębiej. Mnie bardzo zaskoczył. Początkowo bałem się, że urzekną mnie w nim tylko widoki i klimat, jednak w pewnym momencie zaczął wchodzić na moją częstotliwość i porwał mnie za sobą w całości. Nie spodziewajcie się zawrotnego tempa narracji. Tu trzeba płynąć powoli, ale z prądem. Dajcie się ponieść, a na pewno nie pożałujecie. Znajdziecie tu pełną gamę emocji, poczynając od olbrzymiego seksualnego napięcia, na humorze i płaczu kończąc. Ten film ma właściwie wszystko!

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Czego się bać?

Na ekrany polskich kin wchodzi właśnie remake ekranizacji powieści Stephena Kinga, „To“....
Czytaj wiecej