„Teksańska masakra piłą mechaniczną” – maska z ludzkiej skóry, spalone słońcem bezdroża i rodzina kanibali

Kadr z "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną" (reż. Tobe Hooper, 1974), fot. Bryanston Distributing Company
Na Netflixie debiutuje "Teksańska masakra piłą mechaniczną" – bezpośredni sequel kultowego filmu Tobe'a Hoopera nakręcony po niemal pięćdziesięciu latach. Z tej okazji przyglądamy się ośmiu poprzednim odsłonom serii o makabrycznym mordercy i jego rodzinie kanibali.

W październiku 1974 roku na ekrany amerykańskich kin wszedł horror, który zszokował publiczność i odmienił gatunek. „Teksańska masakra piłą mechaniczną” w reżyserii Tobe’a Hoopera to jeden z pierwszych przykładów slashera (obok „Czarnych świąt” z tego samego roku i „Halloween” Johna Carpentera z 1978). Horrory o psychopatycznych mordercach w realistycznej perspektywie wyparły popularne w poprzednich dekadach opowieści o duchach, wampirach i potworach będących wynikiem eksperymentów naukowych. Przerażający Leatherface był jednym z pierwszych bohaterów tego typu, którzy w kolejnych latach będą obowiązkowym elementem slasherów.

Kultowy oryginał

Kadr z filmu „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (reż. Tobe Hooper, 1974), fot. Bryanston Distributing Company

„Teksańska masakra piłą mechaniczną” to opowieść o grupie nastolatków, którzy podczas podróży przez teksańskie bezdroża zabierają ze sobą autostopowicza. Niefortunna decyzja będzie miała tragiczne skutki. Wkrótce przyjdzie im walczyć o życie z psychopatą noszącym maskę z ludzkiej twarzy, który będzie chciał ich zabić piłą mechaniczną. Choć film zyskał łatkę najkrwawszego horroru w dziejach, to trzeba powiedzieć, że Hooper (mocno ograniczony budżetowo) gra przede wszystkich schizofreniczną atmosferą i obskurnym klimatem.

Wszystko w tym filmie jest brudne i brzydkie, a z ekranu bije surowość. Więcej się sugeruje, niż rzeczywiście pokazuje, a najstraszniejsze nie są wcale sceny brutalnych morderstw. O wiele bardziej przeraża samo miejsce, w którym znaleźli się bohaterowie, ale i otaczający ich ludzie. Rodzina potwornych kanibali opiera się na patriarchalnych stosunkach, co dobitnie pokazuje scena kulminacyjna. Makabryczny obiad zdemoralizowanej rodziny, gdzie nikt nie ośmiela się dotknąć jedzenia przed seniorem rodu.

Film Hoopera – zrealizowany za sto tysięcy dolarów – przyniósł dochody przekraczające trzydzieści milionów. Odczytywany w kontekście wojny wietnamskiej zyskał status dzieła kultowego i jednego z najważniejszych horrorów w historii gatunku. Zwalisty Gunnar Hansen dostał rolę, gdy jej poprzedni odtwórca upił się w motelu i nie przyszedł na plan. Jako Leatherface w rzeźnickim fartuchu, z maską z ludzkiej skóry i odpaloną piłą mechaniczną w ręce do dziś budzi lęk.

Śmierć z uśmiechem na ustach

Dennis Hopper w filmie „Teksańska masakra piłą mechaniczną 2” (reż. Tobe Hooper, 1986), fot. Cannon Films

Pierwszą kontynuację filmu Hoopera nakręcono po dwunastu latach. W 1986 roku doskonale wpisała się w będący u szczytu popularności gatunek slashera i modę na sequele. Za kamerą ponownie stanął twórca oryginału, jednak „Teksańska masakra piłą mechaniczną 2” znacząco różniła się od poprzednika. To bardziej czarna komedia niż horror. Choć nie brakuje brutalności i scen gore, całość jest zrobiona z przymrużeniem oka, a morderstwa nabierają kreskówkowego charakteru. Hooper wyśmiewa konwencję i epatuje slapstickiem.

Historia tym razem skupia się na spikerce radiowej. Gdy morderstwo Leatherface’a zostaje wyemitowane podczas transmisji na żywo, kobieta zostaje wciągnięta w brutalną grę. Znana z pierwszej części rodzina kanibali chce się jej pozbyć. Odnajduje ją również porucznik „Lefty” Enright – przedstawiciel prawa ścigający Leatherface’a. Dennis Hopper w tej roli wprowadza do filmu element niekontrolowanego szaleństwa: szarżuje aktorsko, stroi dziwaczne miny i sprawia wrażenie nie mniej szalonego, niż jego morderczy przeciwnik.

Dość powiedzieć, że przygotowując się do walki z rodziną kanibali, zaopatrza się w trzy piły łańcuchowe. Finałowe starcie (walka na piły) jest absurdalnie przegięte, ale dostarcza sporo frajdy i odbiorczej satysfakcji. Mimo że film mało ma wspólnego z obskurnym i przerażającym oryginałem, to pomysł, by w tej konwencji zrealizować komedię, był ryzykowny i odświeżający. Finalnie każdy sam musi ocenić, czy ten zwrot w stronę czegoś nowego mu odpowiada.

Dyskusyjne kontynuacje

Matthew McConaughey i Renée Zellweger w filmie „Teksańska masakra piłą mechaniczną: Następne pokolenie” (reż. Kim Henkel, 1994),
fot. Cinépix Film Properties/Columbia Pictures

Dwa kolejne filmy z serii – „Teksańska masakra piłą mechaniczną 3” (reż. Jeff Burr) i „Teksańska masakra piłą mechaniczną: Następne pokolenie” (reż. Kim Henkel) – zostały zrealizowane w latach 90. Drugą część serii można lubić lub nie, jednak jest czymś intrygującym. Niestety kontynuacje z kolejnej dekady to już dość sztampowe przykłady slasherów, które wyróżniają się przede wszystkim wyrazistymi postaciami drugoplanowymi – zagranymi w młodym wieku przez obecne gwiazdy.

W części trzeciej jest to Viggo Mortensen. Aktor kradnie każdą scenę, w której się pojawia, budząc trwogę jako dwulicowy i okrutny redneck. Jako brat Leatherface’a buduje ciekawszą postać niż jego monstrualny krewny. Ten ostatni schodzi wręcz na dalszy plan, choć twórcy dodają mu kilka cech nieobecnych we wcześniejszych częściach. W trójce jest on niemal autystycznym dorosłym o umyśle dziecka, zafascynowanym mechanicznymi urządzeniami. Rodzina kanibali wzbogaca się również o dwie postaci kobiece, wcześniej nieobecne: niepełnosprawną matkę i małą dziewczynkę z żądzą krwi.

Z kolei „Następne pokolenie” zaczyna się jak wiele innych slasherów: na studniówce. Klimatycznie najbliżej tej części do sławnej jedynki. Nie brakuje dyskusyjnych urozmaiceń jak wprowadzenie do serii tajemniczej sekty obserwującej wydarzenia zza kulis, pomysłów kontrowersyjnych i niewykorzystanych czy elementów parodii. Obsadzenie w roli reżysera i scenarzysty Kima Henkela budziło większe nadzieje. To w końcu współscenarzysta kultowego oryginału. Niestety, film skręca często w dość niejasne rejony (Leatherface przebierający się w damskie ciuszki), jest chaotyczny, a całość ogląda się bez napięcia. I tu najlepiej wypadają aktorzy: Matthew McConaughey jest psycholem z krwi i kości, który wzbudza ciarki na plecach, a Renée Zellweger jako szara myszka z traumą wpisuje się w koncept final girl.

Kolejna „Teksańska masakra piłą mechaniczną”

Zdjęcie promocyjne przedstawiające bohaterów remake’u „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” (reż. Marcus Nispel, 2003), fot. New Line Cinema

W 2003 roku przyszedł czas na remake wyreżyserowany przez Marcusa Nispela. Był to zresztą pierwszy z wielu remake’ów, które zdominowały horrorowy krajobraz w pierwszej dekadzie XXI wieku. Nowych wersji doczekały się między innymi: „Halloween”, „Piątek, trzynastego”, „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Wzgórza mają oczy”, „Amityville” czy „Autostopowicz”. Produkcją większości z nich zajmował się Michael Bay.

Nowa „Teksańska masakra piłą mechaniczną” podąża niemal krok w krok za oryginałem Tobe’a Hoopera. Twórcy pokusili się o paradokumentalną ramę i zdecydowali się osadzić akcję w 1973 roku (w przeciwieństwie do większości remake’ów, które są uwspółcześnione). Choć fabuła pozostaje podobna, to główna bohaterka znacząco się różni. Jessica Biel w roli Erin zastąpiła Marilyn Burns, która grała Sally. W oryginale dziewczyna była bezbronną ofiarą. W nowej wersji jest odważniejsza, chętnie bierze sprawy we własne ręce i dzielnie stawia czoła mordercy.

Dysponujący większym budżetem Nispel, który kilka lat później wyreżyseruje również remake „Piątku, trzynastego”, nie sili się na sugestie i niedopowiedzenia. Stworzył obraz brutalny i bezkompromisowy, niestety również pozbawiony zniuansowania i sensów, które obudowały pierwowzór, czyniąc go fascynującym i niejednoznacznym. To wciąż dobry slasher (na pewno lepszy niż niesławne kontynuacje oryginału), który jednak przegrywa w starciu z arcydziełem Tobe’a Hoopera. Żadna w tym ujma, bo w 1974 roku poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko.

Pierwszy prequel

Leatherface w filmie „Teksańska masakra piłą mechaniczną. Początek” (reż. Jonathan Liebesman, 2006), fot. New Line Cinema

Na fali popularności „Teksańskiej masakry […]” z 2003 roku powstały jeszcze trzy filmy i kilka komiksów. Wpierw zdecydowano się nakręcić prequel dopowiadający losy Leatherface’a sprzed wydarzeń w filmie Nispela. „Teksańska masakra piłą mechaniczną. Początek” z 2006 roku dzieli widzów. Obraz w reżyserii Jonathana Liebesmana przykuwa uwagę nie tyle genezą Leatherface’a (która jest dość standardowa), ile pewnymi drobiazgami.

Na pewno warto docenić nieźle zarysowanych bohaterów. Są to dwaj bracia przemierzający Teksas z ukochanymi dziewczynami. Młodszy ma przed sobą misję w Wietnamie (ale chce zdezerterować), a starszy czeka na kolejną turę, bo tak nakazuje obowiązek (choć wojna odcisnęła na nim swe piętno). Dwie zupełnie inne postawy uwiarygodniają postaci, dodają ich relacjom dynamiki, a także zgrabnie przedstawiają skrajne podejście do obowiązkowej służby wojskowej, w którym z pewnością mogłoby odbić się społeczeństwo amerykańskie podczas konfliktu wietnamskiego. „Początek” zasługuje również na uwagę ze względu na naprawdę klimatyczne zdjęcia Lukasa Ettlina, które czynią tę odsłonę najlepiej wyglądającą częścią serii.

Drugi prequel

Drugi prequel powstał jedenaście lat później i skupiał się na młodości Leatherface’a. U jego sterów stanęło dwóch reżyserów, którzy – mimo niewielu filmów na koncie – zdobyli uznanie publiczności i krytyki. Wywodzący się z ekstremy francuskiej Alexandre Bustillo i Julien Maury wydawali się właściwymi osobami na właściwym miejscu. Autorzy odpowiedzialni za doskonałe „Najście” (2007) mimo pasji i zaangażowania nie udźwignęli jednak pokładanych w nich oczekiwań.

Ten makabryczny film drogi o nastoletnich uciekinierach z zakładu psychiatrycznego ma sporo ciekawych elementów, jednak najciekawszy jest wtedy, gdy odcina się od macierzystej serii. Sam młody Leatherface wypada średnio przekonująco. Przez większość fabuły wydaje się zbyt niewinny, a jego przemiana w mordercę znanego z filmu Hoopera wypada dość sztucznie. Być może zawinił scenariusz albo amerykańscy producenci. Dla Bustillo i Maury’ego był to nie tylko pierwszy film stworzony poza ojczystą Francją, ale i pierwszy nakręcony do cudzego scenariusza.

Dwa niezależne sequele oryginału

Kadr z najnowszej wersji filmu „Teksańska masakra piłą mechaniczną” (reż. David Blue Garcia, 2022), fot. Netflix

Pierwszą kontynuację oryginału stworzono w 2013 roku. „Piła mechaniczna 3D” uchodzi za jedną z najgorszych odsłon serii. Horror rozpoczyna się dokładnie w momencie, gdzie kończy się film Hoopera z 1974 roku, by zaraz przeskoczyć o dwadzieścia lat do przodu. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna, która jako niemowlę ocalała z masakry rodziny Leatherface’a. Teraz udaje się do Teksasu, by poznać tajemnice przeszłości i spotkać się z wujkiem, który kocha piły mechaniczne. Film wypełniają schematyczne zwroty akcji i ujęcia bezrefleksyjnie kopiujące oryginał, a bzdurną fabułę naprawdę trudno obronić.

Pozostaje mieć nadzieję, że drugi sequel lepiej poradzi sobie z dziedzictwem Hoopera. Debiutujący na Netflixie film przeskakuje o pięćdziesiąt lat do przodu, ignorując wszystkie wcześniejsze kontynuacje. Czy jesteśmy gotowi na makabryczny taniec z piłą mechaniczną w erze mediów społecznościowych i bodyshamingu? Jak w tej rzeczywistości odnajdzie się wyznający raczej proste zasady Leatherface? Czy współczesne nastolatki mają jakiekolwiek szanse w starciu z podstarzałym mordercą? Na te pytania najprawdopodobniej znajdziemy odpowiedzi w debiucie reżyserskim Davida Blue Garcii.

„Teksańska masakra piłą mechaniczną” to dość nierówna seria. Poza kultowym oryginałem i kilkoma przebłyskami prezentuje różny poziom, często eksperymentując i zawodząc oczekiwania widzów. Historia wyrastająca z miejskiej legendy jest jednak na tyle fascynująca, że w kolejnych dekadach zabierają się za nią nowi twórcy. Duża w tym zasługa wykreowania specyficznej, obskurnej atmosfery oraz stworzenia jednego z najbardziej charakterystycznych ekranowych morderców. Leatherface miał swoje wzloty i upadki. Nowa Netflixowa produkcja pokaże, czy wciąż potrafi przerazić.

Autor artykułu
More from Jan Sławiński

„Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” – a przede wszystkim bawi! [Recenzja]

Na trwającym właśnie we Wrocławiu festiwalu filmowym Nowe Horyzonty zaprezentowano przedpremierowo kilka...
Czytaj wiecej