Giganci bojują w internecie, a telewizja umiera w ich cieniu

Fot. Mohamed Hassan/Pixabay
Fot. Mohamed Hassan/Pixabay
Mówiąc o śmierci czegoś, co zdaje się niemniej żywotne niż pięć, piętnaście czy dwadzieścia pięć lat temu, łatwo narazić się na śmieszność. Jeśli jednak zajrzymy za fasadę z make-upu, blichtru i skrzętnie przygotowanych scenografii, telewizja będzie przypominać schorowanego staruszka, któremu bliżej niż dalej na drugą stronę... Tylko dlaczego, skoro właśnie teraz ma ostatnią szansę na reformę i skorzystanie tam, gdzie bije się nie dwóch, nie trzech, a cała masa serwisów streamingowych?

Zwykle jestem wyczulony na kategoryczne stwierdzania pewnych faktów. Historia dobitnie pokazuje, że pojawienie się nowego medium “zwiastowało” śmierć starego… Radio miało pogrzebać prasę, telewizja radio, a internet całą wymienioną wcześniej trójkę. Jak jednak łatwo zweryfikować – żadne z nich nie zniknęło i do dziś mają swoje, wcale niemałe, grupy odbiorców. Trudno natomiast nie zauważyć pewnej zasady: przetrwanie wymaga adaptacji do nowych warunków. Brak zmian albo ich pozorowanie sprawiają z kolei, że dalsza egzystencja przypomina “Weekend u Berniego 2” – ciało pozostało, tylko życia w nim brak. O ile zatem prasa traci w formie drukowanej, z powodzeniem odbijając to sobie w internecie; radio nadal traktowane jest jako najlepsze medium do działania w tle, a i w internecie znajdziemy jego uwspółcześnione wersje; o tyle telewizja… Cóż, telewizja nie wie nawet, do kogo chciałaby trafiać. Większość potencjalnie zainteresowanych i tak korzysta z największej konkurencji pudła z ludzikami w środku – serwisów streamingowych.

Wideo na życzenie, ale właściwie jakie wideo i czyje życzenie?

Fot. Jan Vašek/Pixabay
Fot. Jan Vašek/Pixabay

Bardzo długo mogło się wydawać, że serwisy VOD będą naturalnym następcą starej, dobrej telewizji. Nietrudno zauważyć, że część stacji już teraz przygotowuje sobie drogę ewakuacyjną; ba, czasem nawet produkując programy dostępne tylko w ich własnych platformach streamingowych. Początek jesieni dobitnie daje jednak do zrozumienia, że telewizja jako taka przeżywa ostatnią fazę kryzysu egzystencjalnego. Może jedynie dziwić, że włodarzom największych branżowych potentatów to nie przeszkadza. No więc mamy: odgrzewane kotlety; stare twarze w nowych, coraz dziwniejszych rolach; masę pomysłów, które owszem, przyciągną widza, ale raczej na moment. Do tego oczywiście ogrom zapychaczy, które ogląda się raczej z braku laku czy wręcz dla tak zwanej beki. Czy właśnie tak już do końca swoich dni ma wyglądać najpotężniejszy przemysł rozrywkowy w historii?

Początek jesieni to także symboliczne podsumowanie roku, którym bez wątpienia jest przyznanie telewizyjnych Oscarów, czyli nagród Emmy. Tak się składa, że tegoroczna ceremonia odbędzie się dzisiaj, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie, biorąc pod uwagę, że od dobrych kilku lat w najważniejszych kategoriach i tak dominują produkcje serwisów streamingowych? Jeden z ostatnich telewizyjnych bastionów, który co rok zapewniał przynajmniej kilka statuetek, padł wiosną. Mowa o “Grze o tron”, która za sprawą finałowego, chłodno przyjętego przez widzów sezonu, zakończyła swój telewizyjny żywot. Samo HBO jest zresztą na pograniczu telewizji i streamingu, stopniowo przesuwają się w kierunku tego drugiego… W ten sposób walkę o przetrwanie zmienia się w regularną wojnę o widza. A Emmy? W walce o najważniejszą statuetkę powalczą w tym roku tylko dwa tytuły nadawane w tradycyjnej telewizji. Chyba nie trzeba dodawać nic więcej, prawda?

Gdzie dwóch się bije, tam może dość do regularniej bijatyki

Fot. Andrés Rodríguez/Pixabay
Fot. Andrés Rodríguez/Pixabay

Nie ma wątpliwości, że miano największego ze streamingowych gigantów należy się Netflixowi – niegdyś wypożyczalni kaset VHS, która w odpowiednim momencie postawiła na rewolucyjną zmianę. Serwis spod znaku czerwonego N był pierwszą tego typu platformą, choć do dziś bywa nazywany wypożyczalnią. Ambicje Reeda Hastingsa zdają się jednak nie mieć ograniczeń. Najpierw zbudował on swoją pozycję na nowym rynku, przekonując ludzi do porzucenia (przynajmniej częściowo) tradycyjnej telewizji. Potem zaczął wydawać na własne produkcje niebotyczne sumy, które niekoniecznie wiązały się ze wzrostem jakości, ale zwróciły się inwestorom. W końcu zapragnął rzucić rękawicę całemu Hollywood, co zresztą zaowocowało nawet Oscarem. Mimo swej pozycji Netflix nie może być jednak pewien swego, ponieważ w międzyczasie konkurencja urosła w siłę.

Prime Video, choć nieśmiało, powoli zdobywa kolejne przyczółki. Serwis od Amazona to najczystszej krwi konkurent Netflixa. W grze jest jednak także wiele platform, które działają na pograniczu telewizji i internetu, a kolejne niebawem wystartują. HBO Go po fatalnym początku zaczyna nadrabiać zaległości, choć wciąż jest to tylko internetowa biblioteka z produkcjami tej telewizji; dodatkowo wiosną WarnerMedia wystartuje z HBO Max, która będzie… bardziej netflixowym HBO Go. Na wiosnę zapowiedziano też start serwisu Peacock od NBCUniversal, a jeszcze w tym roku pojawią się też Apple TV+ oraz Disney+. Nie powinniśmy też zapominać o Hulu, któremu zawdzięczamy genialną “Opowieść podręcznej”. I wiecie co? To zaledwie wierzchołek streamingowej góry lodowej.

Dlaczego telewizja nie korzysta z szansy na drugą młodość?

Fot. Pixabay
Fot. Pixabay

Część wymienionych serwisów wywodzi się bezpośrednio od stacji telewizyjnych czy wręcz gigantów branży rozrywkowej. Ich atutem jest natomiast posiadanie praw autorskich do treści, które obecnie znajdują się choćby w bibliotece Netflixa. Wojna o widza trwa zatem w najlepsze, ponieważ zakup wszystkich subskrypcji jest wyborem raczej dla nielicznych. To zaś doskonała okazja dla telewizyjnych dyrektorów, by zawalczyć o miejsce przy stole dla branży rozrywkowej XXI wieku. Jakoś jednak nie widać, by kogokolwiek to rzeczywiście interesowało – przynajmniej nie do momentu, gdy w dziale księgowości wszystko się zgadza.

Cała branża rozrywkowa to prężnie działający od lat biznes i nie ma co się dziwić, że to właśnie bilans zysków i strat gra tu decydującą rolę. Jak na razie wpływy reklamowe zdają się więc zadowalać telewizyjnych dyrektorów, dlaczego więc mieliby cokolwiek zmieniać? Każdy nowy format to ryzyko. Po pierwsze – trzeba w jego produkcję zainwestować; po drugie – trzeba go wypromować; i wreszcie po trzecie – nie można mieć pewności, że się przyjmie. Żółtodzioba presja mogłaby sparaliżować, ale tutaj mamy do czynienia ze starymi wyjadaczami, którzy będą wyciskać cytrynę, póki została w niej jeszcze choćby kropla soku.

Śmierć telewizji? Raczej powolna, bolesna (dla wszystkich) agonia, która może potrwać jeszcze pięć, a może i pięćdziesiąt lat. W telewizji wierzą, że ludzie chcą oglądać ogrzewane kotlety, natomiast przed telewizorami ludzie nieraz te kotlety wchłaniają, ponieważ nie widzą alternatywy. I tak w kółko. Brak stopniowej reformy może oczywiście doprowadzić pewnego pięknego dnia do sytuacji, w której wprowadzanie zmian przestanie mieć jakikolwiek sens, bo zwyczajnie będzie zbyt kosztowne. Z drugiej strony dziś serwisy takie jak Netflix czy Prime Video ewidentnie działają na kredyt, nie mając zaplecza, jakim dysponuje choćby zbliżające się do premiery Disney+. I tak źle, i tak niedobrze. Pocieszeniem pozostaje fakt, że poniekąd do nas należy decyzja o dalszym losie każdego z tych mediów – nie podejmujemy jej tu i teraz, ale każdorazowo, za pośrednictwem pilota telewizyjnego.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Polska firma SpaceForest chce kosmodromu w Ustce!

Europejska Agencja Kosmiczna może jak na razie pomarzyć o podboju kosmosu, do...
Czytaj wiecej