“Terminator” jako anime – a komu to potrzebne?

Arnold Schwarzenegger, Terminator, Hemdale, Pacific Western Productions
Arnold Schwarzenegger jako Terminator, fot. Hemdale/Pacific Western Productions
Kilka dni temu pojawiły się dość zaskakujące informacje: po nieudanym powrocie na wielki ekran "Terminator" trafi na Netflixa, ale w formie animowanej – i to jako dzieło autorów genialnego "Ghost in the Shell"! Pytanie tylko: czy jest się z czego cieszyć i komu to właściwie potrzebne?

Ostatnie dwa, trzy lata to dość widoczne zmęczenie publiczności odgrzewanymi kotletami i dyskretny odwrót filmowców od tego trendu. Jasne, dominująca w poprzedniej dekadzie rimejkoza nie przeminie. Wielkie studia potrzebują wielkich marek, które już samym tytułem przyciągną widzów. To, że film ich – najczęściej – rozczaruje, nie ma znaczenia po tym, jak zapłacili za bilety. I “Terminator” też przecież nie ominął okazji, by po raz kolejny jeszcze tu wrócić. Efekty zna każdy, kto był na “Genesis” oraz “Mrocznym przeznaczeniu”, choć trudno jednoznacznie uznać te odsłony serii za fatalne.

Po dwóch latach od premiery ostatniej części “Terminatora” zapowiedziano – a jakże – jego powrót. Tym razem sławetne I’ll be back nie padło jednak z ust Arnolda Schwarzeneggera. Kolejną opowieść o Terminatorze zobaczymy natomiast nie w kinie, lecz siedząc wygodnie we własnym salonie – na Netflixie. No chyba, że nie przepadamy za anime – wówczas najpewniej ta odsłona nas ominie. Nie pamiętam filmowej sytuacji, która miałaby aż tyle twistów następujących jeden po drugim. O co więc chodzi i czy powinniśmy się cieszyć, czy raczej obawiać lub wręcz porzucić wszelkie nadzieje?

Fani science fiction uwielbiają Terminatora…

Arnold Schwarzenegger, Terminator, Hemdale, Pacific Western Productions
Arnold Schwarzenegger jako Terminator, fot. Hemdale/Pacific Western Productions

Niewiele jest serii owianych takim kultem – i to nawet mimo niełatwych perypetii elektronicznego mordercy. Po tym, jak wykreowana przez Jamesa Camerona wizja roboapokalipsy zawładnęła umysłami miłośników fantastyki naukowej, nic już nie było takie samo. Postać grana przez Arnolda Schwarzeneggera zapisała się natomiast w popkulturze, podobnie zresztą jak jedno z najlepszych filmowych przedstawień silnych, niezależnych kobiet – Sarah Connor (Linda Hamilton). Trudno jednak nie dostrzec smutnej prawdy: po “Terminatorze 2: Dniu sądu” (1991) każdą kolejną odsłonę najwięksi fani mniej lub bardziej musieli bronić przed krytykami.

Pomijam wydaną jeszcze za czasów Camerona krótkometrażówkę “T2 3D” z 1996 – już trzecia część serii, a więc “Bunt maszyn” (2003), wzbudziła mieszane odczucia. Emitowany przez telewizję FOX w latach 2008-2009 serial “Terminator: Kroniki Sary Connor” ponownie wlał w serca fanów nadzieję na lepsze czasy, po czym filmowe “Ocalenie” (2009) znów zawiodło. Niezły rollercoaster, co? A trzeba pamiętać, że na tym nie koniec. W 2015 roku przytrafił nam się jeszcze nieuwzględniający trzeciej i czwartej części reboot. Ukuty na fali rimejkozy “Terminator: Genesis” z będącą u szczytu sławy Emilią Clarke zawiódł nawet bardziej niż poprzednik… i tu pojawia się James Cameron.

Jego powrót, choć tylko w roli producenta, miał zwiastować postawienie elektronicznego mordercy na nogi. Wydany w 2019 roku “Terminator: Mroczne przeznaczenie” ponownie ignorował dorobek marki, wracając do korzeni; do momentu, w którym Cameron opuścił pokład. I rzeczywiście film był lepszy od tego, co widzieliśmy między 1991 a 2019, ale i tak nie zachwycił – na dodatek nie spełnił oczekiwań finansowych. Tak oto pierwsza część nowej trylogii najpewniej nie doczeka się kontynuacji. Zamiast tego dowiedzieliśmy się natomiast, że kolejny Terminator będzie serialem anime.

…a Netflix na zabój zakochał się w anime

W "Altered Carbon: Resleeved" Takeshi Kovacs otrzyma nową, animowaną powłokę, fot. Netflix
W “Altered Carbon: Resleeved” Takeshi Kovacs otrzymał nową, animowaną powłokę, fot. Netflix

Co by o produkcjach wielkiej, czerwonej N-ki nie mówić, potrafią zaskakiwać na plus. Anime natomiast jest chyba największą miłością serwisu, co oczywiście wiąże się z popularnością. Kto jak kto, ale Reed Hastings nie lubi płacić za rzeczy, których ludzie nie oglądają – o czym wielokrotnie przekonali się fani nieco bardziej niszowych tytułów. Wyniki muszą się zgadzać, a skoro anime przyciąga widzów, to kolejne tytuły właśnie w tej formie trafią na platformę, by wymienić tylko zeszłoroczne “Altered Carbon: Resleeved” czy nadchodzącego “Wiedźmina: Zmorę Wilka”. “Terminator” o nieznanym jeszcze podtytule będzie więc w doborowym towarzystwie.

O produkcji wiadomo niewiele, choć wystarczająco dużo, by w zależności od podejścia studzić nastroje lub już teraz wywołać wokół niej szum. Tym, co mnie osobiście martwi, jest powierzenie tej historii Mattsonowi Tomlinowi. Raptem trzydziestoletni scenarzysta tak na dobrą sprawę debiutował w zeszłym roku – właśnie na Netflixie. Pierwszym napisanym przez niego scenariuszem jest “Project Power”, który w dość rozczarowujący sposób korzystał z utartych schematów kina superbohaterskiego. Bardziej kameralny, wydany w zeszłym miesiącu dramat “Little Fish” pokazuje jednak, że Tomlin pisać potrafi – może to kwestia rozwoju, a może materii, nad którą pracuje. Ostatecznie jednak nie zapominajmy, że coś w jego twórczości dostrzegł Matt Reeves, zapraszając żółtodzioba do pracy nad scenariuszem “Batmana”.

Nawet eksperci od spraw robocio-ludzkich nie wszystkich przekonują

Anime, Ghost in the Shell, 1995, Mamoru Oshii, Production I.G
Kadr z “Ghost in the Shell” (1995, reż. Mamoru Oshii), fot. Production I.G

Ostatecznie jednak nie showrunner/scenarzysta, lecz studio produkujące animowanego “Terminatora” wzbudziło największe poruszenie. Production I.G to ekipa niezwykle doświadczona, mająca w swoim dorobku kultowe “Ghost in the Shell”. Trudno więc nie zachłysnąć się hurraoptymizmem, choć warto mimo wszystko zachować powściągliwość. Czasy, gdy studio Mitsuhisy Ishikawy produkowało jedną z najbardziej zachwycających animacji w historii kinematografii, mamy już dawno za sobą. Rozwój technologii nie tylko nie wyniósł ich twórczości na wyższy poziom, ale wielu wręcz rozczarował.

Może to kwestia gustu, ale ich 3D do wielu fanów – zarówno “GitS”, jak i anime ogółem – zwyczajnie nie przemawia. Trudno na tym etapie wyrokować, w jakim kierunku estetycznym studio pójdzie w przypadku “Terminatora”, ale warto nie mieć w tej sprawie zbyt wygórowanych oczekiwań. Inna sprawa, że dla Ishikawy to wyraźnie projekt prestiżowy. Dyrektor Production I.G zdradził, że ludzie sugerowali mu postradanie zmysłów, gdy ten snuł wizje anime o Terminatorze. Ostatecznie natomiast tym, czego zabrakło nowszym filmom z serii, a co ma największe znaczenie, jest fabuła. Czy ledwo co opierzony scenarzysta stawi czoła tak olbrzymiemu wyzwaniu?

Jestem zaszczycony, że Netflix i Skydance dały mi szansę, by podejść do »Terminatora« w sposób niekonwencjonalny; odważny i wychodzący poza oczekiwania.

– Mattson Tomlin

To zaskakująco mocne słowa jak na kogoś, kto w branży stawia pierwsze kroki – ale może to właśnie kwestia młodzieńczej brawury. Pytanie: co na to James Cameron? Odchodzenie od jego koncepcji tego uniwersum nigdy nie kończyło się dobrze. Warto jednak pamiętać, że w jakimś sensie Tomlin został już doceniony, dołączając do ekipy tworzącej kolejny – prawdopodobnie przełomowy – film o Mrocznym Rycerzu.

Animowany “Terminator” może więc być wyrazem jego przełamujących konwenanse wizji lub zweryfikować umiejętności scenarzysty. Wielu fanów serii obawia się jednak tej brawury. Po kolejnych rozczarowaniach najchętniej odczekaliby kilka lat przed kolejnym podejściem… Tylko czy to coś zmieni? Między drugą a trzecią częścią minęło dwanaście lat i nie przyniosło to niczego dobrego. Przy odpowiednio chłodnym podejściu, serial może natomiast – ponownie – uratować tę markę. Przynajmniej do czasu kolejnego filmu…

Autor artykułu
More from Damian Halik

Nowojorczycy wyliczają największe błędy turystów

Błędy zdarzają się każdemu, ale chyba nikt nie ma wątpliwości, że najgorszym...
Czytaj wiecej