Tęskniłem za czarnymi komediami

Pewne gatunki filmowe w ostatnich latach nie święciły triumfów na kinowych ekranach. Wśród nich znalazła się czarna komedia i cieszę się, że w końcu ktoś sobie o tym gatunku przypomniał.

Czarna komedia jest jednym z moich ulubionych typów kina, a jednocześnie nie jest jednoznaczna do zdefiniowania. Często bowiem granica między śmiechem, a strachem jest ciężka do odpowiedniego umiejscowienia – każdy przeżywa te dwa stany w innych momentach. Pewnie właśnie dlatego takich filmów powstawało w ostatnim czasie bardzo mało, jednak na nasze szczęście nie zapomniano o nich.

Czarną komedię można zdefiniować na rozmaite sposoby.

Kojarzyć się ona możne z wyśmiewaniem na pozór poważnych rzeczy lub po prostu pewnym „specyficznym“ poczuciem humoru. Idealnymi przykładami takich filmów będą „Fargo“ braci Coen czy „American Psycho“ Mary Harron. Gdybyśmy zrobili listę twórców czarnego humoru, to na pierwszym miejscu znaleźliby się zapewne właśnie bracia Coen, którzy opanowali ten gatunek do perfekcji. Czarna komedia to również horrory o zabarwieniu komediowych lub odwrotnie. Co przychodzi Wam na myśl jako pierwsze?

W mojej głowie pojawia się jeden z moich ulubionych filmów z dzieciństwa, czyli „Rodzina Addamsów“ Barry’ego Sonnenfelda. Oczywiście nie jest on twórcą tej dziwnej rodzinki, ale jego wersja z początku lat dziewięćdziesiątych jest moim zdaniem najlepsza. W główne role wcieliła się plejada kina; Anjelica Huston, Raul Julia oraz Christopher Lloyd.

Na ekrany naszych kin wchodzi właśnie nowa, animowana wersja opowieści o Addamsach. Może być do ciekawa pozycja w okolicy Halloween. Jednak to, co przykuło najmocniej moją uwagę, to film który w kinach możemy obejrzeć już od około 2 tygodni i który przechodzi przez nie praktycznie bez echa – niestety.

Mowa o „Zabawie w pochowanego“ w reżyserii Matta Bettinelli-Olpin i Tylera Gilletta. Film, w którym główną rolę gra Samara Weaving, a partnerują jej między innymi Adam Brody i Andie MacDowell, zupełnie nie zachęcił mnie do siebie, gdy po raz pierwszy zobaczyłem jego zwiastun. Pomyślałem jednak, że w tym szaleństwie może być jakaś metoda i kilka dni temu postanowiłem sprawdzić, co się za tym wszystkim kryje. Przyznaję, że dawno się tak dobrze nie bawiłem w kinie.

Film co prawda nie trafi do wszystkich widzów, ale dla tych, którzy lubią przy lekkim dreszczyku grozy, dobrze się pośmiać, wydaje się idealnie skrojony.

Mamy tu pewną bogatą rodzinę z tradycjami i pannę młodą, która to do tej rodziny wchodzi. Zanim jednak zostanie oficjalnie przyjęta, musi w noc poślubną zagrać z resztą rodziny w pewną grę. Nie przypuszczała jednak, że może się dość krwawo skończyć.

„Zabawa w pochowanego“ potrafi nie raz zaskoczyć. Przede wszystkim rolą Samary Weaving, która wyrasta nam na nową scream queen i której oglądanie jest czystą przyjemnością. Pozytywnym zaskoczeniem było to, że film jest bardzo samoświadomy tego, czym jest i czym miał być. Nie mamy tu poczucia, że twórcy chcieli stworzyć coś innego, niż to co ostatecznie oglądamy na ekranie. Zaskakuje również poziom realizacji. Choć całość dzieje się w jednej lokalizacji (ogromnej rodzinnej posiadłości), nie przeszkodziło to twórcom, przy budżecie zaledwie 6 milionów dolarów, zrealizować filmu na miarę dużej hollywoodzkiej produkcji.

Jeżeli szukacie filmu, który będzie bawił, trzymał w napięciu i nieco straszył, a przy tym wspaniale bawił się konwencją, to gorąco polecam wybrać się do kina na „Zabawę w pochowanego“. Zalecam również się pospieszyć, bo nie wiadomo jak długo film będzie wyświetlany na naszych ekranach. Po raz pierwszy od dawna, na napisach końcowych miałem chęć zobaczyć od razu kolejny raz.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Naprawdę cudowny chłopak

Bardzo lubię się wzruszać na filmach. Niestety, niewiele nowych produkcji potrafi mnie...
Czytaj wiecej