“Imploding the Mirage” The Killers to bardzo usypiająca płyta

The Killers, Imploding the Mirage, Island Records
The Killers – "Imploding the Mirage", fot. Island Records
Ekipa z Las Vegas z całych sił próbuje przypomnieć słuchaczom, że kiedyś siedzieli na rockowym tronie. Niestety obecnie są w formie zdecydowanie drugoligowej i na powtórzenie sukcesu sprzed dekady raczej nie mają szans.

Istnieją zespoły, które po komercyjnym oraz artystycznym triumfie debiutanckiego albumu zapadają się pod ziemię. Niby wciąż aktywnie wykonują swoje sceniczne obowiązki, a nawet wydają kolejne płyty, lecz nie potrafią wskrzesić dawnej energii. Taką grupą na pewno jest The Killers, a wydana ostatnio nakładem Island Records płyta “Imploding the Mirage” to tylko jeszcze jedna, nieudana próba powrotu do formy sprzed lat.

Gigantyczne ambicje Amerykanów słychać tu w niemal każdej kompozycji

Cały krążek definiuje aura spektakularnego widowiska, w którym nie ma miejsca na chwile oddechu. Problem w tym, że w tym wypadku efektowna forma wcale nie oznacza interesujących rezultatów. Na pewno trzeba przyznać, że The Killers mają niezły pomysł na odświeżenie gatunku. Brandon Flowers i jego koledzy wyraźnie dostrzegają obsesję współczesnego rocka na punkcie surowego minimalizmu. Pragną więc dogodzić widowni czującej niedosyt epickich, gitarowych hymnów. Pisanie bombastycznych piosenek rzeczywiście wydaje się niezłym chwytem, mogącym rozgrzać serca publiczności. Jak jednak wszyscy wiemy, droga od teorii do praktyki jest bardzo długa.

Kapela z Las Vegas miała dobry plan, lecz jego wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Aranżacje, które skonstruowali metodą ściany dźwięku, wywołują jeszcze większą migrenę niż brzmienie dyskografii Oasis. Co więcej, pod tą atomową falą uderzeniową skrywają się naprawdę nudne melodie. Autorzy przebojów “Mr. Brightside” oraz “Somebody Told Me” kreują własne zwrotki i refreny ze szczątków kanonicznych koncepcji. Mamy tu odrobinę testosteronowego rocka w stylu Springsteena, szczyptę postpunkowej witalności, a także trochę modnego obecnie synthpopu. Niezbyt odkrywczy koktajl przyozdobiono patosem pożyczonym od braci Gallagher.

The Killers znów potwierdzają swój wizerunek formacji dwóch przebojów

Killersi bez wątpienia są kapelą, która doczekała się piętnastu minut sławy dzięki odpowiednim okolicznościom. Ich pierwsze LP “Hot Fuss” odniosło sukces, ponieważ podłączono je pod nurt rewiwalizmu garażowego rocka, rozpalającego masową wyobraźnię na początku XXI wieku. Ponad dekadę później nikogo już jednak nie obchodzą okładki “New Musical Express”, a większość twarzy tamtej rewolucji spowiła mgła zapomnienia. Amerykanie zdecydowanie nie potrafią poradzić sobie z tą trudną sytuacją i od dłuższego czasu błądzą po omacku, licząc na cud. Brandon Flowers bardzo chce porywać tłumy, lecz zarówno jemu, jak i jego kapeli brakuje do tego odpowiednich narzędzi. Właściwie jedyna rzecz, jaką członkowie The Killers mogą teraz zrobić, to wyczekiwać drugiego szczęśliwego momentu w historii muzyki rozrywkowej. Może po szale na garage rock przyjdzie czas na trend topornego dad rocka i panowie nareszcie skomponują jakieś nowe, chwytliwe single?

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

“Bandana” to Freddie Gibbs i Madlib w szczytowej formie

Legendarny duet powraca ze znakomitym albumem. Rok 2019 już należy do Gibbsa...
Czytaj wiecej