“The Midnight Gospel” – w poszukiwaniu sensu [Recenzja]

"The Midnight Gospel", fot. Netflix
"The Midnight Gospel", fot. Netflix
Dzięki Netflixowi animacje dla dorosłych zyskały ostatnio kolejny warty uwagi tytuł – fani "Pory na przygodę" czy nawet "Ricka i Morty'ego" mogą zacierać ręce, ale nawet część z nich może polec w konfrontacji z "The Midnight Gospel". Oto dlaczego.

Jest w animacjach kierowanych do dorosłego odbiorcy coś, co sprawia, że lubimy pompować swoje ego, podkreślając, jak ważna w ich odbiorze jest inteligencja. Nasza inteligencja, oczywiście. Dziwaczne konstrukcje fabularne, zawoalowane żarty, popkulturowe odniesienia, nawiązania do tematów wymagających wiedzy specjalistycznej. Czasy, gdy śmialiśmy się z pierdów i seksistowsko-rasistowskich bluzgów chyba przeminęły, podobnie jak lata świetności “South Parku”, ale pytaniem otwartym pozostaje to, czy zmienili się odbiorcy, czy jedynie odbiorcy tego typu produkcji chcą, by postrzegano ich inaczej. “The Midnight Gospel” w jakimś sensie ten problem, mimowolnie, podnosi – ale od początku.

Czym jest “The Midnight Gospel”?

Główny bohater "The Midnight Gospel" w symulatorze, fot. Netflix
Główny bohater “The Midnight Gospel” w symulatorze, fot. Netflix

Nowa produkcja Pendletona Warda, która ostatnio trafiła do biblioteki Netflixa, to z pewnością jedno z największych zaskoczeń ostatnich miesięcy. Animator znany przede wszystkim za sprawą serialu “Pora na przygodę” nie zmienił się zbytnio – absurdalne sceny niemal przez cały czas wypełniają ekran. Zdecydowanie poważniejsza jest jednak tematyka, jaką postanowił poruszyć. Tu zresztą przyszedł mu z pomocą Duncan Trussell – komik, autor bardzo popularnego, amerykańskiego podcastu DTFH. W głównej mierze to jego możemy “winić” za genialne dialogi, które doskonale obrazują balansowanie na cienkiej linii oddzielającej bełkot od życiowych mądrości.

Głównym bohaterem “The Midnight Gospel” jest Clancy Gilroy – młody chłopak, prowadzący swój międzygalaktyczny podcast. Ani o nim, ani o konstrukcji świata przedstawionego w serialu nie wiemy zbyt wiele, zamiast tego od samego początku zostajemy wrzuceni w wir wydarzeń. Clancy, korzystając z symulatora, przenosi się bowiem do różnych światów, poszukując w nich rozmówców. W pierwszym odcinku jest to karłowaty prezydent USA, walczący z apokalipsą zombie; w drugim jeleniopies przerobiony na konserwę. Za każdym z tych dziwadeł czy fantastycznym stworzeń kryje się jednak prawdziwa osoba.

Twarde zderzenie z rzeczywistością

Clancy rozpoczynający wywiad z prezydentem Drew (odcinek 1), fot. Netflix
Clancy rozpoczynający wywiad z prezydentem Drew (odcinek 1), fot. Netflix

Pomysł brzmi prosto, a absurdalny humor, którego duet Ward-Trussell zdaje się gwarantem, zachęca, by sięgnąć po serial. Konfrontacja może być jednak trudna, bo próg wejścia zdaje się dość wysoki. Rozmowy o wszystkim i o niczym w gawędziarskiej formie; rozważania na temat narkotyków, miłości, ego, życia czy śmierci. W połowie drugiego odcinka naprawdę zacząłem się zastanawiać, czy to przypadkiem nie kpina ze współczesnych intelektualistów, a przynajmniej widowni uważającej się za takowych. Moim błędem było oczywiście to, że nie doceniłem przeciwnika. “The Midnight Gospel” nie jest bowiem kolejną animacją dla dorosłych. To autentyczny podcast pełny rozważań silnie inspirowany buddyzmem, przez co momentami można odnieść wrażenie, że słuchamy wizji człowieka na kwasie.

Konstrukcja serialu zwyczajnie odziera tę formę rozrywki z jej rozrywkowego charakteru. Osiem odcinków liczących od 20 do 36 minut długości to coś, co w przeciwieństwie do naszych przyzwyczajeń warto sobie dawkować. Po każdym następuje bowiem moment refleksji – coś, bez czego obejrzenie “The Midnight Gospel” będzie zwyczajnym odhaczeniem kolejnej popularnej produkcji na liście rzeczy do obejrzenia. A nie tak być powinno!

Od podcastu do podcastu

Czołówka siódmego odcinka "The Midnight Gospel", fot. Netflix
Czołówka siódmego odcinka “The Midnight Gospel”, fot. Netflix

Okazuje się, że zdecydowana większość tego, co słyszymy w serialu, to rzeczywiste nagrania z podcastów Trussella. Tematyka jest wyraźnie egzystencjalna, ale zdecydowanie nie można jej nazwać monotematyczną. Doktor Drew Pinsky (prezydent Drew) – terapeuta uzależnień – opowiada o swoim stosunku do narkotyków; Anne Lamott (jeleniopies Anne) – pisarka i aktywistka – zwierza się z trudnego dzieciństwa, alkoholizmu, depresji i tego, jak wiara pomogła jej w wyjściu na prostą… Każdy z rozmówców dokłada kolejną dawkę informacji z pogranicza filozofii i metafizyki. Co prawda niektóre kwestie zdają się przegadane, ale jest w tym niesamowicie dużo autentycznych emocji. Nie kryją się one jednak w żywiołowych reakcjach, lecz w dość prostych, można by wręcz powiedzieć banalnych, prawdach życiowych. To one stanowią natomiast sedno każdego z odcinków i punkt wyjścia do dalszych rozważań, wspomnianych wcześniej momentów refleksji.

Odcinki, które oglądamy, stosunkowo późno, bo bodajże w połowie sezonu, zaczynają zdradzać nam bardziej szczegółowe informacje na temat głównego bohatera; jego życiowej sytuacji. W początkowej fazie każdy z nich stanowi zamkniętą całość, a proces wchodzenia do kolejnych symulacji jest czymś powtarzalnym. Zmieniają się jedynie rozmówcy, tematy i wizualizacje. Na naszych oczach Clancy zaczyna jednak “dojrzewać” – jego bełkotliwy, przeintelektualizowany styl, stopniowo obnaża pewne braki. Od “no jasne, że to wiem” Clancy zaczyna przechodzić w “opowiedz mi o tym coś więcej”. Jest w tym sporo humoru, a całość zaczyna składać się na niewymuszoną puentę. Coś na kształt ostatecznej prawdy życiowej, którą warto zaakceptować, by nasze życie stało się lepsze. Finał to natomiast prawdziwa perełka. Coś, co aż prosi się o petycję do twórców, by nie próbowali nawet myśleć o kontynuowaniu serialu.

Finałowy odcinek "The Midnight Gospel", fot. Netflix
Finałowy odcinek “The Midnight Gospel”, fot. Netflix

Oczywiście nie jest tak, że Pendleton Ward po prostu narysował kilka groteskowych postaci, by zwizualizować podcasty Duncana Trussella. Scenariusz mocno bazuje na tym elemencie, ale nie stanowi wyłącznie sprawnie zmontowanych wywiadów. W jego pisaniu pomagali im zresztą Mike L. Mayfield (całość), Brendon Walsh (odcinek 2) i Meredith Kecskemety (odcinek 4). Mimo to da się odczuć, że choć “The Midnight Gospel” to animacja Warda, Trussell zdominował go swoim wkładem w serial. Same animacje nie mają zresztą wiele wspólnego z treścią, którą słyszymy. Poza kilkoma wyjątkami to zupełnie abstrakcyjne przygody, bardziej rozpraszające widza niż podkreślające omawiane problemy. Jest w nich jednak sporo uroku…

Ostatecznie nie jest to jednak najistotniejsze – otrzymaliśmy bowiem serial, jakiego z pewnością nie było. Porównania do “Ricka i Morty’ego” czy “Pory na przygodę” są tu czymś naturalnym, ale z pewnością nie oddają charakteru “The Midnight Gospel”. Warto samemu przekonać się dlaczego – ale tylko w pełnym skupieniu, zwłaszcza na słowach i ich przesłaniu.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Fluctuart – pierwsze pływające muzeum na świecie

Sezon wakacyjny czas zacząć – większość zapewne dawno zaplanowała swoje wyjazdy zagraniczne,...
Czytaj wiecej