The Podróż 4 – Madagaskar

Madagaskar - stacja w Manakarze; fot. Rafał Turowski
Madagaskar - stacja w Manakarze; fot. Rafał Turowski
Antsirabe leży trzy godziny drogi od Tananarywy, jest miastem gwarnym, przyjemnym i popularnym wśród turystów, którzy zatrzymują się tu na nocleg w drodze na południe. Miastem z atmosferą kurortu, bo istotnie jest w Ansirabe uzdrowisko, które co prawda czasy świetności ma dawno za sobą, ale i tak zjeżdżają tu kuracjusze z całej wyspy na rozmaite wodne zabiegi.

Bardzo fajnym miejscem jest lokalna, maleńka manufaktura cukierków. Za niewielką opłatą w Chez Marcel dowiemy się, w jaki sposób robi się – ręcznie naturalnie – landrynki, a w cenie biletu otrzymujemy kilka paczek tych słodkości, w tym – te wyprodukowane przez nas, o dowolnym smaku. Ślazowe są najlepsze!

Madagaskar - manufaktura cukierków; fot. Rafał Turowski
Madagaskar – manufaktura cukierków; fot. Rafał Turowski

Besson, nasz przewodnik, zawozi nas jeszcze do warsztatu wyrabiającego miniaturki – samochodów czy rowerów, oraz – do sklepu sprzedającego wyrobu z rogu bawolego. To także bardzo tu popularne lokalne pamiątki. Ale umówmy się – obie te atrakcje są trochę „for stupid tourists”.

W Antsirabe świetnie zjemy. Chez Jenny, knajpa rekomendowana przez Lonely Planet (i tylko dlatego do znalezienia, bo leży na uboczu), karmi istotnie fenomenalnie. Szczególnie słynie z kaczki, której smak w połączeniu z nalewkami robionymi na miejscu przez restaurację, jest jednym z najpiękniejszych wspomnień z Madagaskaru.

Madagaskar - nalewki w Ansirabe; fot. Rafał Turowski
Madagaskar – nalewki w Ansirabe; fot. Rafał Turowski

Dwie godziny jazdy dalej leży Ambositra, która wygląda nieledwie jak nasz Kazimierz – z wąskimi uliczkami, kamienicami z ery kolonialnej, prawdziwym starym miastem i zupełnie afrykańskim miastem nowym. Sklepów z pamiątkami tu zatrzęsienie, nas interesuje jednak klasztor benedyktynów. Na miejscu jest sklepik, w którym do kupienia są m.in. sery, miody, konfitury i pamiątki robione na miejscu przez zakonnice. Bardzo tam było pięknie i niebiańsko spokojnie, a ser pyszny.

Jedziemy dalej – do Parku Narodowego Ranofamana w krainie deszczowców, bo jak napiszę, że bez przerwy lalo jak z cebra, to tak jakbym nic nie napisał.

Może do rana przestanie – pomyślałem. Nie przestało. Tegoż jeszcze wieczoru, w sztormiaku i gumiakach znajdujemy świetną knajpę. Piwko pijemy natomiast w lokalnej świetlicy, gdzie miejscowi kibice oglądają na dużym ekranie mecz z Burundi. Nasi wygrali 1:0. Potem były wiadomości, które podały, że poprzedniego dnia w jednym z miast wyspy podczas defilady z okazji święta niepodległości, tłum stratował 16 osób… No tak, co komu pisane.

Nie chcę napisać, że Park Narodowy jest rozczarowujący, ale… z dzisiejszej perspektywy darowałbym sobie to miejsce.

Jest tam co prawda bardzo ładnie, idzie się przez kładkę nad rzeką z ogromnym wodospadem, świetne zdjęcia itepe. I choć mieliśmy wynajętego kompetentnego przewodnika (samodzielnie zwiedzać parku nie można), który BARDZO się starał, to jednak lemurów nie zobaczyliśmy, potykaliśmy się za to o rzesze innych turystów i mimo przeciwdeszczowości stroju, zmokliśmy do suchej nitki. Lemury lepiej oglądać w Andasibe, o czym napiszę za tydzień.

Madagaskar - postój taksówek; fot. Rafał Turowski
Madagaskar – postój taksówek; fot. Rafał Turowski

Nieco zatem wyschnąwszy ruszamy do Manakary, gdzie spędzamy dwa dni. Właśnie to miasto jest celem podróży większości turystów, którzy zwiedzają tylko (szeroko rozumiane) okolice Tananarywy. Manakara bowiem oferuje dwie świetne atrakcje – przejażdżkę łodzią po kanale, prawie jak w Wenecji, no… prawie,  oraz – można stąd ruszyć (bądź tu dotrzeć) koleją zbudowaną przez Francuzów jeszcze przed II wojną. Trasa licząca 163 kilometry przebiega przez 67 mostów i 48 tuneli i jest niesłychanie spektakularna, o czym także napiszę za tydzień.

Madagaskar - stacja w Manakarze; fot. Rafał Turowski
Madagaskar – stacja w Manakarze; fot. Rafał Turowski

Tymczasem w Manakarze zatrzymujemy się w hotelu Sidi. Sam w sobie jest on atrakcją, szczególnie dla podróżników nieco nostalgicznych. Tam jest tak jak kiedyś… Kolonialne meble, nie kupione w komisie, ale jeszcze z tamtych czasów, mocno wysłużona kanapa w tea-roomie (tak, tea-roomie), przedwojenne maniery personelu i pani barmanka, która wiedziała, że gin to dobro i nalana przez nią pięćdziesiątka miała największe rozmiary na świecie.

Cdn.

More from Rafał Turowski

U Świętego Tomasza – część II

Stolica Sao Tome – bez fantazji nazwana Sao Tome – jest miastem...
Czytaj wiecej