The Podróż 5 – Madagaskar

Tor kolejowy na pasie startowym w Manakarze fot. Rafał Turowski
Tor kolejowy na pasie startowym w Manakarze fot. Rafał Turowski
Jesteśmy na wschodnim wybrzeżu wyspy, w Manakarze, miasteczku niewielkim, ale malowniczym, popularnym wśród turystów, mającym więc kosmopolityczną atmosferę, fajne knajpy oraz coś w skali świata unikatowe. To… pas startowy z przebiegającą przezeń linią kolejową.

Owszem, lotnisko przyjmuje tylko tzw. general aviation, a pociąg kursuje od wielkiego dzwonu, ale jednak. Możecie sobie tylko wyobrazić zdumienie miejscowych, którzy obserwowali fotografowanie tego dziwa i – dumę Bessona, naszego kierowcy, który dowiedział się o swoim kraju czegoś nowego, czym będzie mógł się pochwalić przed innymi turystami. Dodajmy, że takie rozwiązanie inżynieryjne zastosowano również w Gisborn w Nowej Zelandii.

Madagaskar – rogacizna udaje się na posiłek fot. Rafał Turowski

Jedną z największych (bardziej może mainstreamowych) atrakcji Manakary jest wycieczka łodzią po zbudowanym prze Francuzów kanale Pangalanes.

Ustalamy więc szczegóły z kapitanem i umawiamy się na rano. Płacimy od razu zaliczkę (ceny są stałe, obowiązuje cennik zatwierdzony przez władze) i modlimy się, żeby tak nie lało. Modlitwy zostały wysłuchane, poranek jest piękny, łódka – napędzana siłą mięśni – nie aż taka stara, a kanał istotnie malowniczy. Miłe społeczeństwo przyjaźnie pozdrawia uczestników wyprawy, obserwujemy też chcąc nie chcąc lokalne rytuały higieniczne. Ludzie płci obojga myją się bowiem w tym kanale zupełnie na golasa i mają do tego jakąś dziecięcą radość z naszego skonfundowania, a bydło przeprawiające się na pastwisko tuż przed naszą łódką wygląda jakby żywcem wyjęte z National Geographic.

We wsi przygotowują dla nas lancz, rewelacyjna rybę i nieziemsko pyszne warzywa. Kupujemy też jakieś pamiątki, żeby wspomóc lokalną społeczność i – wracamy. To było piękne pół dnia pełnego wrażeń za 160 złotych. Daliśmy zarobić chyba 10 osobom – od rybaka po wioślarzy, co też trochę pokazuje, za ile miejscowi muszą tutaj przeżyć…

Następnie na wszelki wypadek jedziemy na dworzec, żeby sprawdzić – jak się wyraził Besson – „jak sprawy”. Z dokonanych przez niego rozpytań wynikało, że nasz jutrzejszy pociąg RACZEJ odjedzie. Rano okazało się, że nie tylko odjechał, ale i odjechał punktualnie, połączenie obu tych stanów w Afryce jest naprawdę niespotykane. Nasze bagaże są w samochodzie, bierzemy tylko podręczne rzeczy oraz mnóstwo jedzenia i picia. Po 12 godzinach jazdy Besson ma nas odebrać ze stacji docelowej. Niestety, dojeżdżamy na miejsce z również 12-godzinnym opóźnieniem, po dobie podróży.

Madagaskar – na trasie… fot. Rafał Turowski

Na początku było miło – wygodna jazda, zmieniające się za oknem krajobrazy.

Pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji, i postój ten trwał jednak zbyt długo, nawet jak na przerwę lanczową. Zepsuła się bowiem lokomotywa… Mechanicy, leżąc pod pojazdem, próbowali coś robić, zajęło im to 5 godzin, w czasie których miejscowe dzieci sprawdzały cierpliwość białych podróżnych, przedrzeźniając ich i żebrząc o pieniążek. W końcu ruszyliśmy. Zrobiło się jednak szybko ciemno, do tego bardzo zimno, po drodze kolejny nieplanowany dłuższy postój… Wreszcie o 4 rano dojechaliśmy do Sahambavy. Kolejnej przedłużonej przerwy w podróży już jednak nie znieśliśmy, 20 km przed stacją docelową prosimy Bessona, żeby nas odebrał. Może szkoda, bo w Sahambavie jest podobno idylliczna plantacja herbaty, no trudno, zbyt byliśmy zmarznięci i niewyspani.

Czy dziś uważam tę wycieczkę za katastrofę?

Przeciwnie, cudowne wspomnienie. A że tych kilkudziesięciu mostów i wiaduktów nie było widać – trudno. Następnym razem. Gdybyście byli zainteresowani – warto bilety na ten pociąg zarezerwować wcześniej. W sezonie może być tłoczno, turystom cudzoziemskim sprzedawany jest tylko bilet 1.klasy, z rezerwacją miejsca. Bez względu na porę roku – trzeba wziąć ze sobą ciepłe ubrania, współpodróżni mieli zimowe kurtki, a i tak dygotali. Noce w Afryce bywają lodowate.

Fianarantsoa, stacja początkowa tejże kolei, jest uroczym, pięknie na wzgórzach położonym miastem z prawdziwą starówką. Jemy tam śniadanie i ruszamy już w drogę powrotną, znów nocleg w Ansirabe, i nazajutrz podróż do Andasibe.

Madagaskar – rdzenny mieszkaniec Parku Andasibe fot. Rafał Turowski

Park narodowy o tej nazwie jest położony nieco ponad 100 kilometrów od Tananarywy, stanowi więc cel jednodniowych wycieczek i istotnie jest tam dość tłoczno, ale pojechać trzeba koniecznie! Nie tylko dlatego, że lemury – we wszystkich chyba gatunkach wręcz jedzą nam z ręki, ale i dlatego, że to bardzo piękne miejsce. Jak zawsze – wynajęcie przewodnika jest obowiązkowe. Nasz jest kompetentny, ma ogromną wiedzę, pasję i mówi dobrze po angielsku. Wizyta w tym parku jest jednym z najfajniejszych madagaskarskich wspomnień. A ostatnie trzy dni naszego pobytu na Madagaskarze spędzamy w jego krzyżówkowej stolicy – Antananarywie, o której napiszę więcej za tydzień.

Cdn.

More from Rafał Turowski

Bombaj

"You’ll love it, or you’ll hate it"– słyszałem na Goa z ust...
Czytaj wiecej