THE PODRÓŻ cz.11

fot. Rafał Turowski
Czas wyjechać z chatki bez prądu, z raju nad oceanem i pożegnać Mozambik. Podróż nie może dłużej czekać przecież, zabiera nas pick-upem znajomy Mozambijczyk „naszych” Włochów za 30 USD. Tak, bardzo drogo. Nie chcesz – nie jedź, mam ciężarówkę, mam pracę – mówi, nie muszę was brać – rzuca z pewną dezynwolturą a nawet bezczelnością kierowca, gdy narzekamy, że cena jest absurdalna.

Niestety – musimy, bo po prostu innej komunikacji (do głównej drogi oddalonej o 30 km) po prostu nie ma. Można, co prawda, pokonać ten odcinek na motocyklach. Jednak przy tak fatalnych drogach i z ciężkim plecakiem jest to po prostu bardzo niebezpieczne.

Więc dwa białe bankomaty jadą przez budzące się o świcie biedne wioski i miasteczka. Przez pierwsze i ostatnie podczas tej podróży urwanie chmury… Z wdzięcznością do losu, że jednak nie na motorze pokonujemy tę nieprawdopodobną ścianę deszczu.

fot. Rafał Turowski

Z głównej drogi zabiera nas ciężarówką Somalijczyk, w którymś momencie dołącza do kabiny (ruszając w swoją ostatnią drogę) kogucik kupiony na obiad. Dojeżdżamy do wojewódzkiej Nampuli. Zatrzymujemy się na noc w hostelu, w którym – o dziwo – są turyści reprezentujący wszystkie, poza Antarktydą, kontynenty. W mieście nic specjalnie ciekawego nie ma. Nadużywamy zatem, ździebko, w bardzo miłym barze Bagdad (można tam płacić kartą).

Rano lecimy do Lichingi (1h, 100 euro, niestety), skąd już bliziutko nad jezioro Malawi.

Na lotnisku przy odbiorze bagażu pytamy o bankomat, no że tu a tu, a dokąd panowie jadą, a skąd? I ktoś powiedział komuś, a ten przekazał dalej, jak w głuchym telefonie. Okazało się, że jest ktoś, kto za moment również jedzie do Metanguli. Jeszcze dalej około 100 km na pó i jest skłonny nas zabrać swoim autem zupełnie za darmo. Załatwiamy po drodze krótko sprawy w banku, robimy drobne zakupy i zupełnie przyzwoitą drogą, zastanawiając się kim nasz dobroczyńca jest? Lekarzem? Handlarzem ludźmi? Przemytnikie?  

Małpy przebiegają przez drogę nie oglądając się na nikogo i na nic, trzeba bardzo uważać, bezczelne. Dojechawszy do miasteczka próbujemy od razu dostać się do Cobue. Ale niestety przez 3 godziny nie jedzie nic, dosłownie nic, zostajemy więc w ładnej zresztą Metanguli. Znajdujemy hotel z „naszym” panem, on pomaga znaleźć transport do naszego miejsca docelowego.

Panowie osobiście wieczorem do nas przyjeżdżają, żeby omówić warunki finansowe przedsięwzięcia, a następnie wskazać czas odjazdu – jest to „rano”. Tego samego jeszcze wieczoru znajdujemy w miasteczku fantastyczną knajpę. Jej właścicielka posługuje się wiktoriańskim angielskim, pytając jak ma przyrządzić kurczaka, którego zamówiliśmy na kolację i podaje nam owego kuraka w takiej postaci, że jest on jednym z najpiękniejszych wspomnień kulinarnych tej podróży. Ekskluzywności owemu posiłkowi dodaje duże zimne piwo.

fot. Rafał Turowski

Wyjeżdżamy o 8. Tzn. – ruszamy z hotelu.

Bo wyjeżdżamy dobrze po 11. Bo: a to czekamy na cargo lub ktoś nie dojechał z Lichingi. Ktoś inny zadzwonił, że ktoś się dosiądzie, a to coś… Tak, to były „epickie” 3 godziny czekania, ale czas w Afryce jest substancją o zupełnie innej konsystencji niż w Europie. Absolutnie koniecznym jest, żeby to zrozumieć, w przeciwnym wypadku można zwariować z frustracji.

Jedziemy w całkiem komfortowych warunkach jak na Mozambik – w szoferce chińskiej półciężarówki. Reszta pasażerów siedzi na plandece na skrzynkach z piwem, na pęczkach bambusa lub na warzywach. Droga jest bardzo zła, szczególnie na ostatnim odcinku. Jest też nieprawdopodobnie malownicza i odludna. Żaden inny pojazd nas ani nie mija ani nie nadjeżdża z naprzeciwka.

Na miejscu jesteśmy o zmierzchu, owe 111 kilometrów przejechaliśmy w 7 godzin.

Cobue jest mozambickim końcem świata. Osada znajduje się nad jeziorem nad którą góruje wielki biały kościół. To takie miejsce, gdzie kończy się droga i gdzie dalej nie ma już naprawdę nic. Koniec mapy.

fot. Rafał Turowski

Trudno tu nawet cośkolwiek zjeść. Zadowalamy się tuńczykiem w puszce i dowiadujemy się, jak przekroczyć granicę. Śpimy w okropnym hotelu za to bardzo tanim, a innego – po prostu nie ma. Bardzo się przydał muchozol, który wieźliśmy jeszcze z RPA (nie na muchy, uwierzcie!).

Rano, o dziwo bezproblemowa, odprawa paszportowa i celna. Jesteśmy z dziesięciorgiem innych pasażerów na łódce wielkości łupinki, która wykonuje codzienny kurs do Malawi. Po godzinie podróży przybijamy do brzegu wyspy leżącej zaledwie kilometr od wybrzeży Mozambiku, do Likomy.

More from Rafał Turowski

U świętego Tomasza

Nowy rok dla tego maleńkiego państewka rozpoczął się zmianami nieledwie rewolucyjnymi. Ale...
Czytaj wiecej