The podróż CZ.12 – Malawi, Likoma

Dwukrotnie podczas wszystkich moich podróży musiałem dać łapówkę. A właściwie - zostały one ode mnie wzięte, raz – na lotnisku w Duszanbe urzędnik imigracyjny nie oddał mi długopisu („piękny prezent, dziękuję”, uznałem, że gra w odzyskanie pisadła nie jest warta świeczki), i drugi raz – w Malawi. Tu było niestety nieco grubiej.

Przypływamy oto naszą łupinką na należącą do Malawi wyspę Likoma. W porcie przejmuje nas niesłychanie miły immigration oficer, pytając o zdrowie, szczęście i pomyślność. Coś przebąkujemy o wizach, tak, tak, trafiliście w dobre ręce. I idziemy do skromnego biura, gdzie tego wersalskiego przedstawienia trwa ciąg dalszy.

Mapa Likomy
fot. Rafał Turowski

Niestety musicie jechać z moim kumplem na lotnisko, bo tam są naklejki, tłumaczy się „nasz pan”, jedziemy zatem po chwili na maleńkie, choć zupełnie nowoczesne lotnisko. Tam, ów kolega, zasiada i wypisuje, a następnie wkleja do paszportów nasze wizy.

200 – powiada (dolarów amerykańskich).
Patrzymy po sobie, raz jeszcze dodajemy 75 do 75, jakkolwiek liczyć – wychodzi 150. Z tą wątpliwością zwracamy się do urzędnika.

Processing fee – odpowiada.
Nic nam nie wiadomo o żadnym processing fee – odpowiadamy.
Płacicie czy nie?
Czy mógłby nam pokazać dokument, cennik, cokolwiek?

Zaczyna się wrzask, że nas zawróci z Likomy do Mozambiku, że nam skasuje te wizy, że na wyspie nie ma nikogo innego, kto może je wystawić i że musi iść, bo przypływa statek i w te albo we te.

Chwila namysłu, rachunek zysków i strat….

Można byłoby tę awanturę poprowadzić dalej, ze skasowanej wizy musiałby się prędzej czy później wytłumaczyć, dowodu na łapówkę nie ma żadnego, mimo, że lotnisko jest pełne personelu nikt nic nie widzi i nikt nie słyszy.

Można byłoby narobić panu niezłego swądu, ale- owszem – znalazłby też pretekst, żeby nas istotnie zawrócić, więc byłby jednak kłopot. Trudno, 50 USD to dużo, ale nie tyle, żeby włączać w to cały świat.

Płacimy, odbieramy wizy i paszporty, jeszcze inny kolega zawozi nas do naszego hostelu, a kilka dni później, robiąc w miasteczku zakupy, trafiamy na naszego skorumpowanego przyjaciela, który rzucając się na mnie z dużą dawką miłości spytał – Hi, remember me?

Malawi jest naprawdę fantastyczne… Ale niesmak pozostał.

Mango Drift jest jakby hostelem, z domkami z trzciny, polem namiotowym i salą wieloosobową.Jest więc coś na każdą kieszeń. Otoczony przez drzewa mangowe i przez jakieś inne bajecznie kolorowe krzewy, oddalony od miasteczka o 3 kilometry, jest po prostu rajem. O ile możecie spać, gdy wieje (i z lekka pogwizduje) gorący afrykański wiatr przez trzcinowe ściany. Można tam sobie zamówić wszystkie posiłki, jest dobrze zaopatrzony bar i turyści z całego świata przyjeżdżają tu odpocząć, ponurkować w jeziorze, popływać, połowić ryby, porobić nic. Zwłaszcza – porobić nic, traktując Likomę po prostu jako ostatni przystanek na trasie statku, o czym – za tydzień.

Nasz hostel na Likomie
fot. Rafał Turowski

Na wyspie nie ma banku ani bankomatu i z wymianą pieniędzy (na dolary albo kwachy) jest kłopot, grzecznościowo może to zrobić absurdalnie drogi resort na wyspie, a tak – trzeba mieć gotówkę i tyle. Idziemy więc na pocztę. Na drzwiach jest naklejka “Money transfer”.

Najpierw trzeba założyć konto, to konto jest kasowane przez dział bezpieczeństwa, bo IP z Malawi, wiecie, jak jest… W końcu się udaje, przelewamy sobie 100 USD i idziemy na pocztę je wypłacić.

Niestety nie mamy takiej usługi – mówi Mr Postman.
*Pokazuję naklejkę*
Eeee.
Niestety nie mamy pieniędzy.
*Przed chwilą dama wpłacała ze 3 kg gotówki*

W końcu się poddaje – nigdy tego nie robiłem…

Ale że poczta w Malawi ma i wizję, i misję (klient ma być zadowolony, szczegóły na tablicy ogłoszeń), więc Mr. Postman dzwoni do Lilongwe po instrukcje, otrzymuje je, daje nam do wypełnienia bardzo długi kwestionariusz, wypełniamy, a następnie… Jest przerwa obiadowa, która w Afryce jest świętością. Przyjdźcie później – mówi.

Przychodzimy zatem po godzinie, szukając w międzyczasie szamponu w sklepach. Bezskutecznie. Nasz kierownik poczty już czekał przed wejściem, z gigantycznym uśmiechem na ustach – mam wasze pieniądze! I wypłacił żądaną kwotę i zmienił w ten sposób na zawsze jakże kruchy system pieniężny na wyspie Likoma.

Można? Można.

Zachód słońca nad jeziorem Malawi
fot. Rafał Turowski
More from Rafał Turowski

Niech żyje bal!

Alexanderplatz w Studiu jest jednym z najlepszych spektakli (jeśli nie najlepszym), jakie...
Czytaj wiecej