THE PODRÓŻ CZ.13 – STATEK

Widok statku z linii brzegowejfot. Rafał Turowski
Ilala jest jedną z największych atrakcji Malawi. Ten zbudowany w 1949 roku statek pojawiał się na znaczkach pocztowych, kręcono o nim dziesiątki filmów, słowem – to legenda i mimo swojego dość zaawansowanego wieku – jest w bardzo dobrym stanie, w każdym razie taki wniosek pozwalają wyciągnąć oględziny i podróż.

Statek Ilala raz w tygodniu łączy Monkey Bay na południu Jeziora Malawi – z Nkhata Bay oraz Likomą. Zahacza także o dwa maleńkie porty w Tanzanii – leżące na północy tegoż zbiornika. Dla mieszkańców nie jest żadną atrakcją, tylko najnormalniejszym środkiem transportu. Podróżują zwykle w najtańszej klasie ekonomicznej. Jest ona obrazem nieprawdopodobnego chaosu, mieszaniny pasażerów z workami z towarami, związanymi ze sobą wiązkami jakichś roślin, butelkami, płaczącymi dziećmi itp. Turyści natomiast zwykle kupują albo wyższe klasy albo kabiny. Jest ich na statku kilka, dwuosobowych, zupełnie komfortowych i wcale nie bajecznie tanich (ok. 150 zł/os).

Statek - wnętrze klasy ekonomicznej
fot. Rafał Turowski

Takoż i my chcieliśmy odbyć podróż z Likomy do Monkey Bay w takiej kabinie.

Szczególnie że statek płynie ponad dobę. Niestety okazało się już na statku, że wszystkie są zarezerwowane. Zajęliśmy zatem dość wygodne miejsca w pierwszej klasie. Na pokładzie przy barze, na drewnianych ławkach, w towarzystwie uroczej francuskiej pary, udającej się do miejscowości o wdzięcznej nazwie Nkhota Kota.

Płyniemy sobie zatem miło, jakieś piwo, coś do jedzenia, rozmawiamy, jakiś film na laptopie… Zapada dość szybko zmierzch, tak koło 18 jest już zupełnie ciemno i – no cóż – zaczyna się robić chłodno. I tak z każdą mniej więcej godziną wieczoru trzeba założyć na siebie kolejną warstwę odzieży. Około północy drżąc jak osika, miałem na sześć warstw. SZEŚĆ.

Dwie pary skarpet, naturalnie, długie spodnie i zakryte buty, kalesonów nie wziąłem, a przydałby się. Tak, przypominam, jesteśmy wciąż w Afryce. Dopiero wtedy, nocą na statku na Jeziorze Malawi, przypomniałem sobie, co mówiła babunia – „od wody ciągnie”. Dojmuąco zdałem sobie sprawę z tego, co miała na myśli mówiąc te słowa.

Nie było możliwości, żeby przetrwać tę noc i poranek na zewnątrz. W środku – w klasie ekonomicznej – też naprawdę się nie dało. Podejmujemy więc decyzję, że i my wysiądziemy na pierwszym przystanku, w Nkhota Kota, o 2 w nocy. Dalszą część podróży odbędziemy kolejnego dnia już lądem. Łatwo jednak powiedzieć… Nie ma bowiem w jeziornych portach niczego takiego jak molo czy nadbrzeże, do którego statek przybija, schodzi się więc drabinką do łódki.

Niestety – droga do wyjścia jest kompletnie zatarasowana.

Jest tam nieprawdopodobna ilość ludzi i cargo. Nikogo nie interesuje, czy opuścisz statek. Czy zejdziesz na ląd czy też nie. Francuzi gdzieś z tyłu stoją w kolejce i wersalsko wszystkich przepraszają, licząc, że zostaną przepuszczeni. Trzeba więc było ich oboje (dosłownie) przerzucić, wysadzić, zadbać o plecaki, nikogo nie uszkodzić i nie dać się okraść.

Schodzimy po trapie na łódkę nieco przeładowaną, ale innej nie ma, jest ciemno jak… (wiecie gdzie…) a daleko daleko hen świecą się jakieś światełka. Przynajmniej jest nadzieja…

Jakoś się udało jednak dopłynąć. Oczywiście, pan łódkowy chciał nas policzyć + 400%, więc jeszcze musieliśmy go przekonać, że nie jesteśmy „durnymi mzungu” jak mu się wydaje i jednak nie zapłacimy żądanej kwoty. Później padły jakieś rasistowskie sformułowania pod naszym adresem…

Cało, zdrowo, acz z nieco zesztywniałymi kończynami udajemy się do pobliskiego hotelu. Jak się okazało – prowadzonego przez białą milady z RPA. Drogie to locum, co prawda, i zdecydowanie poza naszym budżetem. Jednak wizja łóżka, czystej pościeli i prysznica z ciepłą wodą, a także wliczonego w cenę  śniadania, była silniejsza od wszystkiego.

fot. Rafał Turowski

Rano milady odwozi nas na przystanek minibusów i sprawnie odbywamy lądową podróż do Liwonde, czeka nas po drodze kilka przesiadek, ale dbają o nie panowie busiarze przekazując nas sobie z busika do busika, raz zapłaciwszy, nic potem już nie płacimy, skomplikowany to system, ale działa.  

Podróż zajmuje około 8 godzin. Drogi są dobre, kierowcy przestrzegają przepisów i nie szarżują. Jedynie nie do zniesienia jest fakt, że na cały regulator słuchają muzyki. Nie uwolnię się od pewnej narracji, w której podmiot liryczny ma ochotę na intymność z damą pochodzenia chińskiego i dość dokładnie tłumaczy, z jakiego to powodu owa dama szczególnie go interesuje… Cóż, oczywiście w pewnym skrócie tę piosenkę streszczając.

Korki do uszu mam zawsze ze sobą. Na szczęście.

More from Rafał Turowski

Weekend w…

Miałem dylemat, czy przypadkiem Grodno nie jest za mało ekskluzywnym miejscem do...
Czytaj wiecej