THE PODRÓŻ CZ.14 – LIWONDE

Być może ktoś z Was tak sobie rozmarza – „a może bym tak pojechał (pojechała) do Afryki, ale takiej prawdziwej, czarnej? Nie z biurem podróży, tylko z plecakiem, żeby i słonie były i nie za dużo ludzi? Żeby móc się dogadać, żeby było i miło, i bezpiecznie i nie za drogo?". Jeśli tak – to proszę jechać do Malawi.

I koniecznie do Parku Narodowego Liwonde. Można się zatrzymać w jednym z licznych hoteli w miasteczku. Bądź w jednym z resortów już na terenie Parku i taką właśnie przyjemność sobie zafundowaliśmy w Kutchire Lounge. Tam wśród turystów biegają małpy, którym zdarza się zwinąć z talerzy jedzenie. Są bezczelnie rozbrykane i patrzenie na ich harce jest czymś niezwykle fajnym. 

Noclegi przewidziano w dormitoriach, pokojach prywatnych albo w domkach na drzewie. Pod goluśkim, nieprawdopodobnie rozgwieżdżonym, niebem. Na taką opcję się zdecydowaliśmy. Dobrze, że zawsze mam korki do uszu, bo jak nocą to towarzystwo się rozgada, to naprawdę niepodobna zasnąć…

Safari po parku

Choć nie jest przyjemnością bajecznie tanią (25 USD/os + 20 USD za wstęp do parku), to będą najlepiej wydane przez Was pieniądze w Afryce. W rezerwacie mamy i antylopy, bawoły, guźce, nosorożce, hipopotamy, słonie plus wiele innego drobiazgu, którego nazwy po angielsku przewodnik co prawda podawał, ale kto by spamiętał…

Safari startuje ze wschodem słońca. Jedzie się specjalnym pojazdem. Jest NIEPRAWDOPODOBNIE zimno, ale właśnie rano jest szansa na zobaczenie tych zwierząt, które w ciągu dnia schowają się przed skwarem. Wtedy się pożywiają i są najbardziej aktywne.

Gdybyście jednak musieli wybierać między safari lądowym a safari wodnym (bo można i tak) – to zdecydowanie wybierzcie łódkę. Płynie się obok hipopotamich rodzin, a to niesłychanie stadne stworzenia, obok krokodyli, obserwuje się z wody także życie słoni. Z resztą, jest ich tutaj zbyt dużo i są co jakiś czas przenoszone w inne miejsca kraju, żeby nie doprowadzić parku do ruiny.

Słoń jaki jest – każdy widzi.

Bowiem – i tu przepraszam za lekcję zoologii. może dość naturalistyczną – słonie wypróżniają się co 2 godziny przez całą dobę. Ich układ trawienny ma nieprawdopodobną wydajność, więc jedzą niesłychane ilości pożywienia – ok. 200 kg dziennie. Natura, nawet tak bujna jak tutaj, może po prostu nie nadążyć…

I takie to opowieści snuł nasz przewodnik kiedy podpłynęliśmy do czterech samców z trąbami z godnością jedzących swoje czwarte śniadanie.

No cóż, słoń jaki jest – każdy widzi.

To zwierzę duże, dzikie i jest u siebie. Odniosłem więc cień wrażenia, że podpływając tak blisko naruszamy wspólną strefę komfortu i że może lepiej jednak odpłynąć kawałek dalej. Tym bardziej, że słonie świetnie pływają (a hipopotamy – wyobraźcie sobie – nie, one tak jakby podskakują w wodzie). W drodze powrotnej udało nam się nawiązać bliższy kontakty z bawołem, to również zwierzę o imponujących rozmiarach, które wie, że jest duże i ta wiedza dodaje mu pewności siebie i dezynwoltury.

Bawół, to również zwierzę o imponujących rozmiarach.

Potem, z głową pełną wrażeń i aparatem pełnym zdjęć, jedziemy do Zomby, dawnej stolicy brytyjskiego Malawi.

Tam jest zupełnie jak na angielskiej prowincji. Domki, pięknie utrzymane ogródki, postkolonialna architektura, takież hotele i fajna kosmopolityczna, trochę kampusowa atmosfera. Co zresztą nie dziwi, zważywszy na obecność dwóch uniwersytetów.

Spotkani wcześniej przez nas Holendrzy zachęcali do wspinaczki na płaskowyż. Istotnie, spacer ścieżką dość stromo wijącą się w górę, jest świetnym przeżyciem. Widok z góry zapiera dech w piesiach. Okolice Zomby są okraszone fioletem, poletkami lawendy, zupełnie jak w Prowansji. Do tego jakaś niesłychana przejrzystość powietrza, można patrzeć bez końca…

Widok z góry zapiera dech w piesiach.

Na górze jest dość drogi hotel, są szlaki dla turystów, budki z pamiątkami. Niestety mamy tylko pół dnia, więc wszystko tylko tak z grubsza… Zjeżdżamy bardzo malowniczą drogą, co chwilę prosząc kierowcę, żeby zrobił foto-stop, a i tak zrobione przez nas zdjęcia nie oddają TEGO wszystkiego.

Znów busik i krótka podróż do Blantyre

Drugiego co do wielkości miasta w Malawi. Nic specjalnego tam nie ma, ale to miejsce całkiem przyjemne. Z najdroższym znanym mi KFC na świecie (120 zł za zestaw, nie ten największy). Spędzamy tam dwa dni i znajdujemy transport do Mozambiku. Do Tete, na granicy. Tym razem bez najmniejszych problemów, potem wracamy do Maputo, skąd wylatujemy do Lizbony, a następnie – do Prai, na Wyspy Zielonego Przylądka.

Dlaczego tak? Ano dlatego, że bilet z Maputo do Portugalii (10,5 h) kosztuje 500 euro z hakiem, a na Cape Verde (jeszcze 4 h lotu) – 300.

Razem 11 000 km za 300 euro? To lecimy.

More from Rafał Turowski

10 pomysłów na City Break na rok 2018

Kolejny raz zaglądamy do listy sporządzonej przez ekspertów Lonely Planet, tym razem...
Czytaj wiecej