THE PODRÓŻ cz.2 KOMORY MOHELI

Biorąc pod uwagę wielkość kraju, jego zamożność i potrzeby, trzy wyspy Komorów łączy zdumiewająco wiele linii lotniczych

Zupełnie inna sprawa, że – jedna z nich „lata, kiedy chce” – jak mi powiedziano i istotnie znalezienie aktualnego rozkładu nie jest możliwe, inna – „ma swój samolot w naprawie w Kenii i niestety nie wiadomo, kiedy maszyna wróci do latania”. W każdym razie biuro tejże linii jest czynne pełne 8 godzin i przemiła obsługa czeka na pasażerów, informując ich właśnie o owej niemożności. Miejscowi zwykle między wyspami przemieszczają się wodą, nie promem jednak, który również w teorii istnieje, a – małymi łódkami z silnikiem. Nakłada się kapok, się wsiada i… płynie po otwartym oceanie. Co prawda taka podróż jest tania, jednak powiedzieć o niej, że ryzykowna, to jakby nic nie powiedzieć. Mimo pragnienia przygód, z bólem serca jednak wybrałem samolot, a ponieważ Komory są drogie, więc i latanie po nich do najtańszych nie należy, za powrotny bilet z Moroni na Moheli (20 min. w powietrzu) zapłaciłem w mojej linii lotniczej ponad 100 euro.

Transport

Oto ląduję na Moheli, przybywa po mnie (bo TAKIM autem to się „przybywa”, nie „przyjeżdża”, toż to jakiś czołg był!) właściciel hotelu, uprzedziłem bowiem, że jeśli nikt mnie nie odbierze to odwołam rezerwację, nie z lenistwa czy wygody, a dlatego, że  po 13.00 na drugą w stronę wyspy niepodobna się w jakikolwiek sposób dostać. Owszem, są taksówki, ale to absurdalny dla backpackera (i chyba dla każdego w tych okolicznościach) koszt 50 euro. W trosce zatem o jedynych gości – transfer jest za darmo. Jedziemy nowo zbudowaną drogą, która wije się po wzgórzach porośniętych tyloma odcieniami zieleni, że można zwariować i żadne zdjęcie tego nie odda. Nasz skromny, ale całkiem przyzwoity hotel oddalony jest od wioski o jakiś kilometr, w samej osadzie – kilka sklepików z bardzo podstawowymi artykułami, głownie sardynkami i coca-colą, jest szkoła, boisko, lekarz, piękna plaża i – na końcu drogi – absurdalnie drogi resort, w którym o dziwo byli jacyś turyści. Po co jechać do TAKIEJ Afryki na all-inclusive? Dzikość, „autentyczność” i przygoda w wersji przez bibułkę? Ok, nie moja sprawa.

Roślinność i zwierzęta

W tej części wyspy ludzie żyją z ylang ylang. Kraj jest jednym z największych na świecie dostawców tego składnika, można leśne destylarnie zwiedzić i za drobny pieniążek kupić sobie nieco świeżo otrzymanego ekstraktu, ciekawe, że ciecz owa pachnie niezmiernie delikatnie, wytrącony zeń olejek również, a dopiero wkomponowany w inne składniki wydobywa swój piękny aromat. Wynajęty za 5 euro przewodnik prowadzi nas do okolicznej dżungli, głównym celem spaceru ma być co prawda jeden z gatunków lemurów, ale bohaterem wycieczki zostaje żółty nietoperz Livingstona, aktywny – w przeciwieństwie do wielu swoich krewniaków – w dzień, podobno niezwykle rzadki, tymczasem widziałem ich co najmniej kilkanaście i to tylko na jednym drzewie. Ale stworzenie to płoche i dzikie i nie dało się sfotografować. Szkoda, bo wygląda oszałamiająco – jakby żółty latający średnich rozmiarów pies.  

Goście

Na poranny autobus (5.30) właściciel odprowadza nas osobiście, wracamy do stolicy wyspy, Fomboni, znajdujemy hotel, a na płocie miejscowego Instytutu Francuskiego dostrzegamy plakat, że właśnie tego dnia odbywa konkurs amatorskich zespołów wokalnych. Cóż za koincydencja! Zebrało się cale miasteczko, odświętnie ubrane rodziny uczestników rywalizacji, swoją obecnością tę imprezę uświetnił także minister kultury albo ktoś równie ważny. I by uszanować obecność dwóch białych gości, pan ów wygłosił patrząc niemal bez przerwy na nas – po francusku, nie zaś po komoryjsku – bardzo długie, płomienne przemówienie, z – jak sądzę – krytycznymi odniesieniami do współczesnej polityki pana Macrona. Niechcący zatem zostaliśmy bohaterami tej uroczystości – ale by nie psuć odświętnego nastroju, nie zdecydowałem się na poinformowanie czcigodnego prelegenta, że równie wiele z jego wystąpienia zrozumiałbym w bantu czy po arabsku. A włączyć google translate jakoś nie wypadało.

More from Rafał Turowski

O pewnym grudniowym weekendzie

Piątek. Kończę robotę, jadę do Modlina...
Czytaj wiecej