THE PODRÓŻ – CZ.7 JOHANNESBURG

Widok na miasto z Top Of Africa fot. Rafał Turowski
Widok na miasto z Top Of Africa fot. Rafał Turowski
Nie ma Johannesburg najlepszej opinii, przeciwnie – trudno znaleźć miasto, które ma gorszą. Tymczasem przewodnik Lonely Planet, z którym zwykłem podróżować, zapewnia, że „to już nie to, co kiedyś”, miasto jest bezpieczne, bardzo interesujące, inspirujące i w ogóle – żeby się nie bać. No to sprawdzam!

Może warto byłoby, żeby sami mieszkańcy poczytali trochę ciepłych słów o sobie.

Bo pani z naszego hotelu (zdaje się, że biznes prowadzili scjentyści) zdecydowanie nalegała na branie taksówki o każdej porze dnia i nocy, nawet do oddalonego o 300 m KFC. Rozmawianie przez komórkę na ulicy jest absolutnie zabronione, bo działają tu gangi motocyklowe, które specjalizują się właśnie w wyrywaniu telefonów. I nasz hotel i budynki w całej dzielnicy otoczone były murami wysokimi na 3 metry chyba, drutami pod napięciem, bramami na pilota, wszystko było okamerowane i oplakatowane groźbą użycia broni w razie kradzieży. Więc fakt, że zdrowo, cało i bez utraty nawet złotówki opuszczałem RPA wzbudził w pani hotelarce daleko idące podejrzenia.

Street art z Soweto fot. Rafał Turowski

No cóż, JA się czułem dość bezpiecznie. Turyści korzystają z autobusów typu hop-on hop-off i tez jakoś wizytę w tym mieście przezywają. Trzeba przedsięwziąć normalne środki bezpieczeństwa i wydaje się, że to w zupełności wystarczy. Nie jeździmy bardzo kiepską zresztą komunikacją miejską, a Uberem bądź taksówką (jest ich mało i są drogie). Nie włóczymy się po nocach nigdzie, a za dnia bywamy tam, gdzie inni turyści. I tyle. A miasto faktycznie jest interesujące, choć nie można o nim powiedzieć, że jest „piękne”, jak np. Kapsztad.

Ikoniczne zdjęcie z Soweto fot. Rafał Turowski

Dwa dni na Johannesburg w zupełności wystarczą.

Rano (Uberem oczywiście) jedziemy do Top Of Africa, najwyższego budynku na kontynencie, skąd z ostatniego 50-go piętra roztacza się widok na całe miasto i na Soweto. Mogę sobie tylko wyobrazić, jak pięknie byłoby widać, gdyby szyby były czystsze. Potem umiarkowanie ciekawa Johannesburg Art Gallery, leżąca w Fashion District i po tej dzielnicy przechadzamy się beztrosko, wzbudzając wśród ludności miejscowej zdumienie. Gdyż byliśmy jedynymi białymi, którzy szwendali się po mieście pieszo i do tego chodzili o sklepach. W każdym razie musiało to być czymś bardzo nierozdąsanym, gdyż obchodzono się z nami jak z jajkiem i często uśmiechano.

Potem – Sunday Market, gdzie spotykają się chyba wszyscy odwiedzający miasto turyści, i – generalnie – wszyscy biali. To fantastyczne miejsce do zakupu naprawdę pięknych i faktyczne na miejscu wyrabianych pamiątek. Można też zjeść lunch, a jak ktoś lubi – to i pozwiedzać sobie ogromne centrum handlowe (ja całkiem lubię). No i wreszcie najważniejsze muzeum metropolii – Muzeum Apartheidu. Ogromne, narracyjne, chluba i duma miasta. Zainteresowani historią najnowszą zdecydowanie powinni poświęcić na zwiedzanie pół dnia, jeśli nie więcej. I znów Uber i wracamy wieczorem do hotelu. (Miasto jest GIGANTYCZNE, czterdzieści minut jazdy autostradą to odległość w Johannesburgu wcale nie tak wielka… Na samo przemieszczanie się wydaliśmy prawie 200 USD w ciągu trzech dni, choć reszta w RPA – jedzenie, zwiedzanie itd., jest generalnie dość tania).

Muzeum Apartheidu fot. Rafał Turowski

Być w Johannesburgu i nie zobaczyć Soweto, to jak być w Polsce i nie widzieć Krakowa.

Więc kolejnego dnia jedziemy! Miasto wielkości Warszawy jest symbolem walki o zniesienie apartheidu, mamy tutaj ulicę Vilkazi, przy której mieszkało dwóch noblistów – Desmont Tutu i Nelson Mandela. Dziś ulica owa jest – no cóż – nastawiona na turystów, ze stoiskami z pamiątkami, z młodymi ludźmi oferującymi taniec zuluski za opłatą, z knajpami itd. Jeśli ktoś jest zainteresowany, to lepiej wziąć przewodnika, który opowie o najnowszej historii RPA, często te opowieści snute są przez pryzmat przeżyć ich rodzin, można zwiedzać Soweto pieszo, rowerami, tuk tukami, a nawet helikopterem – jak kto chce, biur podróży oferujących to wszystko znajdziecie w Internecie mnóstwo, zresztą na samej Vilkazi będziecie zaczepieni przez mniej lub bardziej wykwalifikowanych przewodników. A potem – znów… Uber i jeszcze Maboneng, hipsterska dzielnica z hostelami, wege-knajpkami, sklepikami z designem, pyszną kawa i blokiem mieszkalnym wykonanym z kontenerów.

Byłem, widziałem, wracać raczej nie będę, no, chyba, że znów pojawi się z miejscowego lotniska jakaś fantastyczna oferta, tak jak tym razem, do Maputo. O czym za tydzień.

More from Rafał Turowski

Thomas Bernhard KOMEDIANT

Reż. Agnieszka Olsten; Teatr Jaracza w Łodzi; premiera 18.12.2015
Czytaj wiecej