THE PODRÓŻ…KOMORY cz.I

Żeby pojechać na Komory, najpierw trzeba wiedzieć, że one istnieją. Pierwsze zdanie nie miało być aż tak protekcjonalne, no ale – jakkolwiek ono brzmi – właśnie tak jest.

Spośród pięciorga może turystów spotkanych przeze mnie na Komorach, żadne z nich nie wiedziało wcześniej o istnieniu tego niewielkiego państewka i znaleźli się tam w sumie przypadkiem – bo samolot miał stop-over, bo byli na pobliskiej Majotcie, bo łatwo dostać wizę. Ja np. na Komory pojechałem, gdyż znalazłem tani bilet lotniczy, z bliżej mi nieznanych powodów linie etiopskie oferowały przelot za mniej więcej 50% ceny innych (tzn. pozostałych dwóch) przewoźników. Jak tu z takiej oferty nie skorzystać?

Natura a ekologia

Dziś – po kilku już tygodniach od powrotu – mam trzy wspomnienia związane z tym miejscem. Otóż – super przyjaźni ludzie, niesłychanie po prostu; zieleń i jej odcienie, o jakich nie miałem pojęcia; oraz – nieprawdopodobna ilość śmieci. No niestety. Wyobraźcie sobie trzy maleńkie wysepki (to właśnie Komory) leżące pod zwrotnikiem, o zapierających dech w piersiach krajobrazach, z lasami o liściach tak zielonych, że można zwariować i… sterty butelek, toreb, opon… wszędzie. W miastach, w wioskach i na plażach. Nie udało mi się ustalić, czy rząd ma kłopot z wywozem bądź utylizacją odpadów, natomiast powiedziano mi, że wkrótce, żeby przyciągnąć turystów, kraj ma być posprzątany przez… Chińczyków. Dlaczego nie przez miejscowych, w ramach np. robót publicznych, żeby zmniejszyć gigantyczne bezrobocie – tego niestety nie wiadomo. Cóż, miary europejskiej do Afryki nie przykładajmy, bo to prowadzi na manowce. Najważniejsze, że Komory wkrótce będą czyste.

Nocleg

To drogi kraj, nawet jak na Afrykę, najdroższy przecież kontynent świata dla turysty. Nie miałem zarezerwowanego noclegu, jechałem trochę w ciemno, jednak bez strachu, bo środek dnia i bo w ręku lista hoteli znaleziona gdzieś w Internecie (wszystko pięknie zaznaczone na mapie w komórce), a i taksówkarz był bardzo zaangażowany, bo – jako się rzekło – społeczeństwo na Komorach jest miłe. Pierwszy tani hotel niestety pełen piłkarzy, kolejnego dnia jest mecz z Madagaskarem, zatrzymuję się w drugim, płacę 25 euro za pokój z łazienką na korytarzu, naturalnie bez ciepłej wody. Może nie będę opisywał dokładnie tego locum, istotne, że pierwsze kroki na miasto skierowałem po muchozol, zapewniam, że nie na muchy. Pokój, o takim standardzie, w którym zatrzymałaby się kobieta (cóż za piękna metafora) kosztuje w Moroni, stolicy kraju, tak od 70 euro za dobę. Mój pensjonat jest całkiem w centrum miasta, właściciel ma licencję na alkohol, piwo kosztuje 4 euro, w pobliżu jest targ, piekarnia i jakieś knajpy, a nawet klub dla białych i Instytut Francuski z absurdalnie droga kawą. Jedzenie na Komorach jest również stosunkowo drogie, a w niektórych knajpach, wcale nie pięciogwiazdkowych, ceny były wręcz paryskie. Najwyraźniej jest jednak popyt i wygląda na to, że ekspaci mają się tu wyjątkowo dobrze. A turyści… Nie ukrywam, kilka razy posiliłem się marokańskimi szprotkami, które – spryskane sokiem ze świeżej limonki i zakąszone bagietką, stanowiły pełnowartościowe smaczne i TANIE danie. Jak wiadomo – bycie backpackerem narzuca jednak pewną narrację, także gastronomiczną.

Komunikacja

Angielski na Komorach jest równie przydatny jak łotewski w Mozambiku. No, może trochę przesadzam, ale gdyby nie fakt, że właściciel mojego hotelu studiował w Petersburgu i że porozumiewałem się z nim po rosyjsku (francuskiego nie znam, arabskiego również nie), byłoby znacznie trudniej. Chociaż… Jeszcze kilka lat temu bez rozmówek i słownika nie byłoby szans na jakiekolwiek porozumienie, dziś włączasz odpowiednią funkcję w google i rozmawiasz niemal symultanicznie z dowolnie wybraną osobą, w dowolnym języku, na równie dowolny temat. Dziś jest prościej, ale kiedyś było zabawniej.

Cdn.

More from Rafał Turowski

W mieście słońca, na rogu Marksa i Engelsa

Sklep Hugo Bossa mieści się w Mińsku przy Prospekcie Niezależności, dwie przecznice...
Czytaj wiecej