„Thor: Miłość i grom” – asgardzka noc kabaretowa [Recenzja]

Thor: Miłość i grom, Taika Waititi, 2022, Marvel Studios, Disney
Materiał promocyjny filmu "Thor: Miłość i grom" (reż. Taika Waititi, 2022), fot. Disney
Kolejna odsłona superbohaterskiej epopei Marvela trafiła na ekrany kin. Za kamerą czwartej części przygód Thora ponownie stanął Taika Waititi. Co oferuje najnowszy film Nowozelandczyka?

Jak na zaledwie dwugodzinne widowisko „Thor: Miłość i grom” Taiki Waititiego próbuje pogodzić zaskakująco wiele wątków. Mamy tu Thora szukającego swojego miejsca we wszechświecie. Mamy chorą Jane Foster, która okazuje się godna władania potężnym Mjolnirem. Jest też Gorr Bogobójca, czarny charakter filmu, próbujący wybić wszystkich bogów. Na dalszym planie pojawiają się Walkiria i przemieniony w atrakcję turystyczną Nowy Asgard. Wielkie dramaty mieszają się z elementami komediowymi bez większego ładu i składu. Czy sprawdza się tu stare porzekadło, że od nadmiaru głowa nie boli?

Przełamanie jako główna strategia twórcza

Natalie Portman, Chris Hemsworth, Thor: Miłość i grom, Taika Waititi, 2022, Marvel Studios, Disney
Kadr z filmu „Thor: Miłość i grom” (reż. Taika Waititi, 2022), fot. Disney.

Już po „Thor: Ragnarok” narzekałem, że specyficzny humor Nowozelandczyka ma negatywny wpływ na dramaturgię. Trudno było mi poważnie traktować wątek Heli, gdy co chwilę reżyser przełamywał konwencję niewyszukanym żartem. Niestety, w „Miłości i gromie” jest podobnie. Ciężko uwierzyć w miłosne rozterki bohaterów, a także w ogromne zagrożenie, gdy co chwilę poważne wątki przerywa się niesubtelnym gagiem. Czasem ta strategia działa, jednak przez fakt, że niemal każda scena musi zakończyć się żarciochem, po pewnym czasie czułem po prostu znużenie. Nie mam nic do komediowych przerywników, ale tu zabrakło mi umiaru, wyczucia i subtelności. Wolałbym, by reżyser nie mieszał tak ze sobą stylistyk, a także ograniczył liczbę wątków.

Akcja gna na łeb na szyję, więc większość tematów potraktowano po macoszemu. Potencjał postaci Walkirii, a także polityczna zależność Nowego Asgardu od rządu USA to drugoplanowe elementy, które mogły uczynić film lepszym, gdyby je dopracować. Wątek choroby Jane, choć poruszający, znika gdzieś pod natłokiem całej reszty. Trudno bać się Gorra, gdy wszystkie okropieństwa, jakich się dopuszcza, odbywają się poza kadrem. Być może najciekawsze pytania – o moralność bogów oraz to, czy w czasach superbohaterów starzy bogowie są jeszcze komukolwiek potrzebni – zostają niemal zlekceważone.

Marvel gonna Marvel

Materiał promocyjny filmu „Thor: Miłość i grom”, fot. Disney

Marvel Cinematic Universe funkcjonuje w popkulturze od 2008 roku, a ostatnio jest eksploatowane z jeszcze większą intensywnością. Niemal co miesiąc dostajemy nowy film lub serial rozgrywający się w tym świecie, co wpływa negatywnie na poziom samych produkcji. Zdarzają się wyjątki (jak bardziej autorski „Doktor Strange w multiwersum obłędu”), jednak trudno znaleźć w serii te same emocje, które towarzyszyły wcześniejszym odsłonom MCU (żeby wspomnieć „Strażników Galaktyki” czy „Kapitana Amerykę: Zimowego żołnierza”).

„Thor: Miłość i grom” to w wielu miejscach produkt niedogotowany, w którego realizacji widać pośpiech. Wątki są szybko wprowadzane, zamykane lub porzucane. CGI kłuje w oczy, tempo siada, a stylistyka bywa niekoherentna. Jednocześnie formuła Marvela wciąż działa jako prosta rozrywka. Bohaterowie dają się lubić, kilka scen robi wrażenie (spotkanie z Zeusem, monochromatyczna sekwencja), a niekiedy Taika ma naprawdę dobrą intuicję (zwłaszcza wykorzystując muzykę niediegetyczną).

Nie mogę powiedzieć, że podczas seansu nowego „Thora” bawiłem się źle. Po prostu uważam, że gdyby całość wyważyć tonalnie, a niektóre elementy dopracować, to moglibyśmy dostać coś o wiele lepszego. Całość sprawdza się jedynie jako kolejny odcinek superbohaterskiego serialu. W moim przypadku jednak na pewno nie będzie to najlepiej wspominany epizod.

Autor artykułu
More from Jan Sławiński

„To nie wypanda” – potworne dorastanie [Recenzja]

Do kin trafiła właśnie animacja "To nie wypanda". Najnowsza produkcja amerykańskiego studia...
Czytaj wiecej