To my

Jordan Peele swoim poprzednim filmem „Uciekaj!“ przekręcił klucz w drzwiach do poważnej ligi Hollywood. Film „To my“ otwiera mu te drzwi na oścież.

Do tej pory Peele mógł być kojarzony jako drobny scenarzysta i aktor, jednak dla szerszej publiczności był raczej anonimowy. Wszystko zmieniło się w 2017 roku, kiedy to do kin wszedł jego pełnometrażowy debiut „Uciekaj!“. Ten thriller z lekko komediowym zabawieniem przypadł do gustu nie tylko widzom, ale również i krytykom, co zaowocowało czterema nominacjami do Oscara i zwycięstwem jednej statuetki za najlepszy scenariusz oryginalny. Było pewne, że obok kolejnego filmu reżysera nikt nie przejdzie obojętnie. Na szczęście, nie kazał na niego długo czekać.

Fabuła

Po opisie filmu widać, że kolejny raz będziemy mieć do czynienia z oryginalnym pomysłem, który może dać powiew świeżości do gatunku grozy. Pewna rodzina z klasy średniej wyjeżdżą na urlop do domku nad jeziorem. Początkowo nic nie zwiastuje, że cokolwiek może zagłuszyć ich spokój i przerwać wypoczynek. Wieczorem, na podjeździe zauważają stojącą w bezruchu inną rodzinę. Nie udaje ich się jednak przepędzić i bardzo szybko okazuje się, że wyglądają tak samo, jak nasi bohaterowie. Przyznam szczerze, że jeszcze nie spotkałem się w kinie z takim motywem i bardzo mnie on zaintrygował na poziomie zwiastunów. Bez zdradzania szczegółów napiszę tylko, że nie zdradzają one całości filmu, więc na pewno możemy się nie raz zaskoczyć podczas seansu.

Aktorzy

Peele zaangażował do swojego filmu naprawdę bardzo dobre nazwiska. Nie jest ich dużo, ponieważ samych bohaterów nie mamy tu zbyt wielu, i nie można powiedzieć, że wszyscy aktorzy są „z miejsca“ rozpoznawalni, ale talentów im odmówić nie można. Pierwsze skrzypce gra tutaj Lupita Nyong’o – poznałem się na jej zdolnościach aktorskich już w debiucie, czyli „Zniewolony: 12 Years a Slave“ i od razu wiedziałem, że ma przed sobą wielką karierę. Choć do tej pory nie zagrała wielu ról, to niemal każda zapada w pamięć. O jej kreacji w „To my“ rozmyślam już kilka dni po seansie – zresztą jak o całym filmie – i zastanawiam się, czy będzie ona brana pod uwagę w kolejnym sezonie nagród. Bardzo bym tego chciał i oczywiście jej życzył. Wszyscy głowni aktorzy w filmie (a Nyong’o szczególnie) mieli przed sobą dość ciężkie wyzwanie, gdyż musieli grać po dwie role. Lupita wypełniła to zadanie znakomicie.

Lupita Nyong’o, Shahadi Wright Joseph i Evan Alex w filmie „To my“, dyst. United International Pictures

Pozytywnym zaskoczeniem był tutaj partnerujący jej Winston Duke, którego możemy kojarzyć przede wszystkim z filmu „Czarna pantera“. Co prawda jego rola ograniczała się tu głównie do wplatania w seans nieco humoru, jednak dzięki niemu można było złapać nieco oddechu. Na pochwałę na pewno zasługują aktorzy, którzy zagrali dzieci głównej pary (Shahadi Wright Joseph i Evan Alex) oraz Madison Curry, która wcieliła się tutaj w młodą wersję bohaterki granej przez Nyong’o. Poza nimi na ekranie pojawiają się również Tim Heidecker i Elisabeth Moss („Mad Men“„Opowieść podręcznej“).

Muzyka

Bardzo ważnym bohaterem filmu jest jego muzyka. Usłyszymy tu nie tylko muzykę skomponowaną do samego filmu, ale również wiele piosenek, które miały komponować się z tym, co widzimy na ekranie – tu należy przede wszystkim wymienić „I Got 5 on It“ Luniz, którą słyszymy zarówno w oryginale, jak i psychodelicznym, orkiestrowym remixie. W filmie zobaczymy wiele nawiązań do lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia i można to również poczuć w muzyce. Dla mnie o tym, jak świetna jest tu ścieżka dźwiękowa świadczy fak, że wracam do niej codziennie. Rzadko jest tak, że słucham muzyki z filmu, nie oglądając go. Jednak to właśnie podczas seansu robi ona największe wrażenie, ponieważ jak sam film, potrafi wprowadzić w stan niepokoju.

Lupita Nyong’o, Winston Duke, Shahadi Wright Joseph i Evan Alex w filmie „To my“, dyst. United International Pictures

Nastrój

Cieżko jest jednoznacznie zdefiniować gatunek filmu. Najprościej napisać, że jest to kino grozy, jednak powiedzenie, że jest to horror, byłoby sporym nadużyciem i swego rodzaju niesprawiedliwością. „To my“ nie zamyka się w prostych ramach. Elementy horroru owszem tu występują, ale to bardziej thriller z elementami czarnego humoru. Peele idealnie tu balansuje pomiędzy strachem, czymś nadprzyrodzonym i komedią – ta ostatnia jednak jest tu dość subtelna. Kino grozy od wielu lat pozostaje w zastoju. Co jakiś czas pojawiają się w nim pewne perełki, takie jak „Coś za mną chodzi“„To“ czy wspomniane już „Uciekaj!“. Dziś możemy do tej listy dopisać również „To my“.

Wydźwięk

Film okazał się dla mnie dużym zaskoczeniem. Owszem sama fabuła była dla mnie niespodzianką, wszystkie elementy tu ze sobą znakomicie współgrają (nie wspomniałem o naprawdę pięknych zdjęciach i pracy kamery!), aktorzy wykonali kawał dobrej roboty. Jednak najbardziej zszokowało mnie to, że kilka dni po seansie wciąż o filmie myślę i planuję obejrzeć go niebawem jeszcze raz. Peele stworzył obraz, który można analizować na bardzo wielu płaszczyznach, zadający pytania, ale niekoniecznie dający jasne odpowiedzi. To zdecydowanie jeden z najlepszych tytułów jakie widziałem w ostatnich miesiącach. Kto wie, gdyby pojawił się na ekranach w zeszłym roku, mógłby być dla mnie przynajmniej w pierwszej trójce najlepszych filmów 2018.

Lupita Nyong’o w filmie „To my“, dyst. United International Pictures

Nowy król gatunku?

Jordan Peele staje się nowym królem gatunku grozy. Co prawda ma na swoim koncie dopiero dwa filmy, ale oba wpisują się w takie kino i nadają sporo świeżość. Są zaskakujące, dające do myślenia i na pewno zapadają w pamięć na długo. Po seansie „To my“ pytanie czy to film lepszy od „Uciekaj!“, nasuwa się samo. Niestety, nie potrafię na nie odpowiedzieć jednoznacznie. Technicznie jest to na zdecydowanie film znakomity i trochę lepszych od poprzedniego. Na pewno miał na to budżet i możliwości, na jakie otworzył reżysera sukces „Uciekaj!“. Jednak to filmy nieco inne, których chyba nie powinno się zestawiać ze sobą. Oba ogłada się bardzo dobrze i na pewno będę do nich wracał wielokrotnie w przyszłości.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Wciąż szybcy i nadal wściekli?

16 lat minęło, a wszystko to, jakby jeden dzień. Od premiery pierwszej...
Czytaj wiecej