„Tokyo Vice” – spotkanie z Yakuzą [Recenzja]

Tokyo Vice, HBO Max, J. T. Rogers, Ansel Elgort, Ken Watanabe
Kadr z serialu "Tokyo Vice" (showrunner J. T. Rogers, 2022), fot. HBO Max
W dobie obecności na naszym rynku kilku(nastu) serwisów streamingowych dla mnie jedno pozostaje niezmienne – wciąż najlepsze produkcje oglądam na HBO. Co chwilę pojawiają się tam ciekawe, wciągające tytuły, a jednym z nich jest "Tokyo Vice".

Odkąd na polski rynek weszło HBO Max, zastępując usługę HBO Go, nie nagnę rzeczywistości, jeśli powiem, że właściwie cały czas oglądam produkcje na tej platformie. Wraz z Prime Video i Disney+ to moje podstawowe serwisy streamingowe. HBO od zawsze było dla mnie marką samą w sobie i tym, co wyznacza serialowe trendy. Dodatkowo na Maxie możemy jeszcze obejrzeć filmy od Warner Bros. niedługo po premierze kinowej. A seriale? Co chwila pojawiają się świetne produkcje, które wciągają mnie tak, że mocno wyczekuję co tydzień na każdy kolejny ich odcinek. Tak właśnie było z „Tokyo Vice”, którego pierwszy sezon zakończył się w miniony piątek.

Dziennikarz w Japonii

Ansel Elgort, Jake Adelstein, Tokyo Vice, J. T. Rogers, 2022, HBO Max
Ansel Elgort jako Jake Adelstein, główny bohater „Tokyo Vice” (showrunner J. T. Rogers, 2022), fot. HBO Max

Serial powstał na podstawie książki Jake’a Adelsteina „Tokyo Vice. Sekrety japońskiego półświatka”, będącej pamiętnikiem autora, który w latach dziewięćdziesiątych zamieszkał w Tokio. Pochodzący z prowincji USA Jake został pierwszym dziennikarzem największej japońskiego gazety, który nie był Japończykiem. Z biegiem czasu zdobywał kontakty zarówno w policji, jak i wśród członków Yakuzy i poznawał świat tokijskich gangów.

Dziś podróże do Japonii czy innych azjatyckich krajów nie są niczym wyjątkowym, ale ćwierć wieku temu wydawały się dość egzotyczne. Sam wspominam, że będąc nastolatkiem, gdy słyszałem o Japonii, wydawało mi się, że to zupełnie inny świat. Serial pokazuje natomiast dość dokładnie, jak wygląda zderzenie kultury zachodniej z obyczajami orientu.

Tokio lat dziewięćdziesiątych

Kadr z serialu „Tokyo Vice”, fot. HBO Max

Jak to bywa z produkcjami od HBO, „Tokyo Vice” nie zawodzi pod względem jakości produkcji. Całość stoi tu na najwyższym poziomie i oglądając serial, dosłownie przenosimy się do Tokio w końcówce XX wieku. Za ten rewelacyjny klimat odpowiadają nie tylko fenomenalne zdjęcia, ale również świetna muzyka – momentami bardzo mroczna i potęgująca doznania w wielu scenach.

Oczywiście na pierwszym planie mamy bohaterów granych przez znane twarze świata filmu. W roli głównej występuje tu Ansel Elgort („Baby Driver”, „West Side Story”), Ken Watanabe („Incepcja”) czy Rinko Kikuchi („Pacific Rim”). Szczególne uznanie należy się tutaj Elgortowi, który przez dużą część czasu ekranowego mówi płynnie po japońsku. Nie wiem, czy znał język już wcześniej, czy może nauczył się go do roli w serialu, jednak i tak robi to wrażenie.

Na motywach książki

Tokyo Vice, HBO Max, J. T. Rogers, Ansel Elgort, Ken Watanabe
Kadr z serialu „Tokyo Vice”, fot. HBO Max

Bez względu na to, czy ktoś już czytał książkę przed serialem, czy może dopiero po seansie chciałby sięgnąć po materiał źródłowy, polecam poznać oba. Serial nie jest wierną adaptacją pamiętnika Adelsteina, więc znajdzie się w nim wiele wątków, których w książce nie ma. Jednocześnie sama książka może być ciekawym rozszerzeniem już po obejrzeniu produkcji HBO.

„Tokyo Vice” jest serialem, który w żadnym momencie mnie nie znudził. Każdego odcinka wyczekiwałem na tyle, że oglądałem go już w dniu premiery i pomimo długości (każdy trwa 50-60 minut) nie miałem poczucia, że jakiś wątek bym pominął. W ostatnich latach jest to prawdziwą rzadkością! Tym bardziej cieszę się więc, że HBO wciąż tworzy seriale, które wciągają bez reszty.

Gdy ktoś pyta mnie, co warto teraz obejrzeć – wszak wybór jest naprawdę bardzo duży – bez zastanowienia polecam „Tokyo Vice”. To rzetelna produkcja, która daje ciekawe spojrzenie na Japonię z końca XX wieku i udowadnia, że ten świat pomimo postępującej globalizacji zawsze będzie inny od tego, co znamy na co dzień. Co prawda akcja serialu ma miejsce już ćwierć wieku temu, ale sezon sprawił, że bardzo chciałbym do tego kraju pojechać.

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

„Ślicznotki”

Czego możemy się spodziewać, kiedy egzotyczne tancerki postanawiają wkroczyć na drogę przestępczą?...
Czytaj wiecej