Era podstarzałego blockbustera

Tom Cruise, Top Gun: Maverick, United International Pictures
Tom Cruise w filmie "Top Gun: Maverick", fot. United International Pictures
Czy nie zastanawiało was kiedyś, jak to jest, że wciąż w najgłośniejszych filmach widujecie te same twarze? Czy to kwestia nieosiągalnego dla kolejnych pokoleń poziomu aktorstwa, czy może "układów" lub zwyczajnie – pewnej renomy, którą producenci filmowi biorą w ciemno, zamiast ryzykować olbrzymie pieniądze?

Inspiracją do dalszych przemyśleń jest oczywiście najnowszy film z Tomem Cruise’em. Podobnie jak zagrany przez niego ponownie po trzydziestu sześciu latach Pete „Maverick” Mitchell, słynny aktor nieraz zapewne usłyszał, że czas odpuścić, ale – znowu – niemal jak wspomniana postać Cruise zwyczajnie nie wie jak. Myliłby się jednak ten, kto traktowałby ostatnią prawdziwą hollywoodzką gwiazdę (takim mianem Cruise’a określił niedawno „New York Times”) jako wyjątek potwierdzający regułę. Od niemal dwóch dekad regułą jest bowiem rzecz wspomniana przeze mnie we wstępie. Ciągle widzimy te same twarze, a lat im przecież nie ubywa. Statystyki natomiast nie kłamią – to złota era dla doświadczonych aktorów!

Maverick jako metafora współczesnego kina?

Pierwszą myślą, gdy wybieraliśmy się do kina na nowego „Top Guna”, było trudne do zbycia przeczucie, że oto wspieramy wielką wytwórnię, która jak cytrynę wyciska kolejną starą, znaną markę, by podać nam szklaneczkę świeżego soku z nostalgii. Długo podobne zdanie na ten temat miał zresztą Tom Cruise, ale gdy już udało się namówić go na powrót do roli Mavericka, okazało się, że powroty po latach nie muszą być wykalkulowanym monetyzowaniem wspomnień.

„Top Gun: Maverick” okazał się filmem dobrym, nieudającym czegoś, czym nie jest – a do tego zrealizowanym w sposób genialny. Przede wszystkim jednak – dzięki temu, że nie trzeba go było krytykować za natrętne, wykonane na siłę odniesienia – mogliśmy się skupić na grze grona niezwykle doświadczonych gwiazd – z Cruise’em na czele. Ten niedawno skończył sześćdziesiąt lat, ale przecież na ekranie mogliśmy zobaczyć więcej dobrze nam znanych twarzy. Jon Hamm – rocznik 1971, Jennifer Connelly – 1970, Val Kilmer – 1959, no i oczywiście Ed Harris – 1950.

Connelly i Hamm nigdy oczywiście nie byli gwiazdami formatu Cruise’a, Kilmer i Harris najlepsze lata mają natomiast za sobą. Jak na film o szkole lotniczej istotnych młodzików było jednak niewielu, stanowili oni jedynie tło. Choć ani Milesowi Tellerowi, ani Glenowi Powellowi czy Monice Barbaro niczego odmówić nie można, wiedzieli oni, w jakim celu odgrywają swoje role. I podobnie sprawa wygląda z wieloma blockbusterami ostatnich latach oglądaliśmy.

Statystyka nie kłamie

Wzrost średniej wieku najważniejszych aktorów na przestrzeni dekad, fot. „The Ringer”

Trendy potrafią zmieniać się dynamicznie, lecz patrząc na nie w szerszej perspektywie, poza wzrostami i spadkami dostrzegamy pewną dominującą tendencję. Przyglądając się branży filmowej, zaskakująco wyraźnie widać natomiast, jak wielką wagę ma dziś doświadczenie bądź – jak kto woli – rozpoznawalność gwiazd. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych najważniejsi aktorzy poszczególnych produkcji filmowych mieli na karku około trzydziestki. Czasem trochę więcej. Na przełomie tysiącleci coś się jednak zmieniło. Ostatnich dwadzieścia lat ukazuje stały wzrost średniego wieku gwiazd poszczególnych tytułów.

Pozwolę sobie przywołać wyliczenia, które jakiś czas tematu opublikowali Ben Lindbergh i Rob Arthur z „The Ringer”. Panowie przyjrzeli się rankingowi portalu IMDb, wyłaniając produkcje ocenione przez co najmniej tysiąc osób. Na postawie tych danych wysnuli natomiast zaskakujące wnioski, które ukazuje szereg wykresów. Te zaś mówią same za siebie. Gwiazdy, które na szczyt wchodziły pod koniec XX wieku, nie ustąpiły miejsca młodym tak chętnie, jak ustąpiono go im.

Młodzieniaszki z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych dziś wciąż brylują na wielkim ekranie. Efektem jest natomiast to, że średnia wieku gwiazdy, głównej pary czy głównego tria poszczególnych tytułów dziś oscyluje nierzadko powyżej pięćdziesiątki. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy przełożymy tę wiedzę na dane demograficzne. Okazuje się bowiem, że trzydzieści lat temu uśredniony wiek najpopularniejszych gwiazd filmowych był zbliżony do mediany wieku Amerykanów – głównych odbiorców Hollywoodzkich produkcji. Społeczeństwo natomiast nieustannie się starzeje…

Czy wiek gwiazdy blockbustera ma w ogóle znaczenie?

Oczywiście sam wiek nie powinien nam robić różnicy. Jeśli kogoś uwielbiamy, chcemy oglądać go więcej – sami też się starzejemy, więc czemu miałoby nam to przeszkadzać w przypadku innych ludzi? Problem pojawia się, gdy starość stanie w szranki z gatunkiem filmowym. Blockbustery, zwłaszcza we współczesnym rozumieniu, to produkcje rozbuchane do granic możliwości. Ich tempo, wybuchowość i dowcip muszą być realizowane na wielką skalę, by widzowie po seansie opuszczali kino wprost przeładowani doznaniami. Nie każdy jest natomiast Tomem Cruise’em.

Jednym z najsmutniejszych dla mnie przykładów jest Harrison Ford. Uroku nikt mu nie odbierze, ale gdy w 2008 roku powrócił jako Indiana Jones, miałem mocno ambiwalentne odczucia. Radość z powrotu, smutek przez jego jakość. Sześćdziesięciosześcioletni aktor robił, co mógł, ale umówmy się – już wówczas mógł niewiele. Starano się maskować fizyczne niedoboru w filmie wybitnie przecież przygodowym, ale wyszło, jak wyszło. Co gorsza, wciąż czekamy na piątą część, a przypomnę, że 13 lipca Ford skończył osiemdziesiąt lat. Jego inne powroty – jako Hana Solo czy Ricka Deckarda – w poprzedniej dekadzie budziły podobne wrażenie, co powrót do roli kultowego archeologa.

Na drugiej szali moglibyśmy wymienić tuzy pokroju Ala Pacino czy Anthony’ego Hopkinsa. Ten drugi w 2020 roku pobił przecież rekord – mając osiemdziesiąt trzy lata, został najstarszym aktorem nominowanym i nagrodzonym Oscarem dla pierwszoplanowej roli męskiej. Kilka lat wcześniej podwójny rekord, tyle że za role drugoplanowe, pobił Christopher Plummer – w 2012 roku, mając osiemdziesiąt dwa lata, otrzymał statuetkę za występ w „Debiutantach”; w 2017, już jako osiemdziesięcioośmiolatek, raz jeszcze zdobył natomiast nominację za „Wszystkie pieniądze świata”. Dekadę temu rekord wśród kobiet pobiła też Emmanuelle Riva, która otrzymała nominację za drugoplanową rolę w filmie „Miłość”. Miała wówczas osiemdziesiąt pięć lat. Żaden z tych filmów nie był jednak blockbusterem, za to prezentowały one jakość artystyczną.

Era podstarzałego gwiazdora, ale niekoniecznie gwiazdorki

Kelly McGillis, 2019, The Sun
Kelly McGillis w 2019 roku, fot. „The Sun”

Inną kwestią jest fakt, że wśród najważniejszych produkcji wciąż królują nobliwi panowie. Panie natomiast niekoniecznie. I tu moglibyśmy wymieniać genialne osobowości filmowe, ale ich role zdają się wciąż niedoceniane należycie. Nie każda aktorka może dorówna wspaniałym Maggie Smith, Judi Dench czy Helen Mirren, ale i nie każda może liczyć na równie niefizyczne traktowanie. Nawet u boku Toma Cruise’a, by z Mavericka uczynić swoistą klamrę, zobaczyliśmy ostatnio młodszą od niego o osiem lat Jennifer Connelly. Kelly McGillis wykreślono, by – jak mówi reżyser – dać miejsce nowym postaciom.

Innymi słowy: zamiast swojej wielkiej miłości, którą znamy z pierwowzoru, najwidoczniej Maverick wolał córkę admirała, o której w filmie z 1986 roku jedynie się wspomina. Brzmi to jednak jak dobra wymówka, choć wciąż nie tłumaczy różnicy wieku. Nierówność w traktowaniu jest tu aż nadto widoczna, choć trzeba też przyznać, że po sukcesie „Top Guna” kariera McGillis nie rozwijała się aż tak dobrze, jak Cruise’a.

Wracając jednak do punktu wyjścia – skąd ta tendencja? Bez wątpienia jest on mieszanką wszystkich czynników. Dzięki odpowiednim ćwiczeniom i diecie największe gwiazdy stale przesuwają granice swoich możliwości. Ich role także, wraz z wiekiem, zmieniają nieco charakter. Tylko nieliczni mogą liczyć na stałe angaże w produkcjach opartych na akcji. Filmowy świat ma jednak zdecydowanie szerszy repertuar, więc każdy znajdzie dla siebie miejsce, jeśli tego zechce. Dzięki temu gwiazdy mogą błyszczeć, a póki są w formie i stronią od skandali (przynajmniej tych niekontrolowanych przez wytwórnie), producenci wiedzą, że mogą im zaufać. Że ich twarze i nazwiska, nawet mimo niebotycznych gaży, zwrócą się dzięki gwiazdorskiemu magnetyzmowi.

Nie jest też tak, że nie rozpychają się między nimi młodzi aktorzy

Potencjalni następcy robią, co mogą. Już teraz widzimy kilka solidnych materiałów na gwiazdy, które oglądać będziemy przez kolejne dekady. Pattinson, Chalamet, Holland czy Zendaya to tylko kilkoro z nich. Już dziś działają oni jak magnesy na młodszą widownię – należy liczyć, że młodzież pójdzie śladem pierwszego z wymienionych. Ich nieco starszy kolega przez dekadę walczył z wampiryczną łatką, kierując się ku kinu artystycznemu. Ze świetnym skutkiem. Im aż tyle wysiłku nie będzie potrzeba – dawno nie mieliśmy bowiem młodych gwiazd tego formatu. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że Cary Grant nie miał racji, porównując Hollywood do tramwaju. Może stare gwiazdy nie muszą ustępować miejsc młodym? Może po prostu młodym potrzeba dziś więcej czasu, by dorównać najlepszym.

Autor artykułu
More from Damian Halik

Val McDermid – „Miejsce egzekucji” [RECENZJA]

Znacie Val McDermid? W przeszłości na polskim rynku ukazało się kilka kryminalnych...
Czytaj wiecej