„Top Gun: Maverick” – przeciążenia, które wbijają w fotel [Recenzja]

Top Gun: Maverick, Joseph Kosinski, 2022, United International Pictures
"Top Gun: Maverick" (reż. Joseph Kosinski, 2022), fot. United International Pictures
Pete "Maverick" Mitchell lata właśnie myśliwcami na ekranach naszych kin. Nie, nie cofnęliśmy się do 1986, by oglądać jeden z najpopularniejszych filmów Tony’ego Scotta. To kontynuacja hitu sprzed lat – "Top Gun: Maverick".

Gdy kilka lat temu usłyszałem, że realizowana ma być kolejna część filmu, który zrobił z Toma Cruise’a gwiazdę wielkiego formatu, nie wiedziałem, co mam o tym pomyśle myśleć. Jak w przypadku wielu sequeli po latach z jeden strony byłem ciekaw efektu, z drugiej czułem w tym wszystkim chęć odcinania kuponów. Jednak ostatnie dwie dekady filmów, w których występował Cruise, nauczyły mnie, że w przypadku tego aktora zawsze można liczyć na dobrą jakościowo rozrywkę. Niestety, nie byłem gotów na to, co zobaczyłem, bo ostatecznie film przerósł wszelkie możliwe oczekiwania.

Specjalista od misji niemożliwych

Top Gun: Maverick, Tom Cruise
Tom Cruise w filmie „Top Gun: Maverick” (reż. Joseph Kosinski, 2022), fot. United International Pictures

Toma Cruise’a można lubić lub nie. Znam osoby, które go wręcz nie trawią i nie są w stanie oglądać filmów z jego udziałem. Ja zaliczam się do grupy widzów, którzy z wypiekami na twarzy czekają na wszystkie jego produkcje. Czy to dlatego, że cenię go jako aktora? W jakimś stopniu na pewno, chociaż nie uważam, że warsztatowo wpisuje się do czołówki. To jednak człowiek, którego można opisać jako prawdziwą gwiazdę filmową. Taką nieco w starym stylu. Widać, że kocha kino i zawsze stara się swoim widzom dać widowisko na najwyższym możliwym poziomie.

Gdzieś od połowy pierwszej dekady XXI wieku Tom Cruise wyraźnie poszedł w kierunku kina akcji. To w takich filmach przede wszystkim możemy go zobaczyć i – nie ma co ukrywać – sprawdza się w nich znakomicie. Przede wszystkim zawsze niesamowicie dba o szczegóły oraz sam wykonuje niemal wszystkie popisy kaskaderskie. Wbrew pozorom jest to prawdziwa rzadkość, a na pewno, gdy chodzi o to, co możemy na ekranie zobaczyć. Aktor w każdym kolejnym filmie przesuwa granice wytrzymałości i swoich możliwości. Kiedy myśliwy, że pokazał nam już wszystko, na co go stać, w kolejnej produkcji udowadnia nam, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Tak samo jest w przypadku „Top Gun: Maverick”.

Fabuła prosta, ale nie dająca się nudzić

Miles Teller
Miles Teller w filmie „Top Gun: Maverick”, fot. United International Pictures

Akcja filmu rozgrywa się kilka dekad po wydarzeniach znanych z produkcji Tony’ego Scotta. Maverick wciąż jest pilotem i aktualnie zajmuje się oblatywaniem ściśle tajnego projektu. Los chce, by powrócił do United States Navy Fighter Weapons School, by szkolić nowe pokolenie pilotów, którzy mają wykonać pewną niebezpieczną misję. Wśród tej grupy jest Bradley „Rooster” Bradshaw, syn zmarłego przyjaciela Mavericka – Goose’a.

Szkoląc najlepszych z najlepszych, Maverick ma ich przygotować do zadania, które nawet dla niego nie byłoby proste. Będzie musiał sobie poradzić nie tylko z młodymi i trudnymi charakterami, ale również z pewnymi demonami przeszłości. Choć wydaje się, że pomysł z wykorzystaniem postaci syna zmarłego przyjaciela jest dość banalny i niezbyt wyszukany, całość zagrała tu znakomicie. Podobnie jak sprawdzona koncepcja przygotowania do misji. Na papierze wydaje się to kopia oryginału – którą po części jest – ale w praktyce twórcy naprawdę zadbali o to, żeby widzowie się nie nudzili.

Realizatorska perła

Szkolenie aktorów do filmu „Top Gun: Maverick”

Za reżyserię nowego „Top Gun” odpowiedzialny jest Joseph Kosinski („Tron: Dziedzictwo”, „Niepamięć”), który miał już okazję wcześniej współpracować z Tomem Cruise’em. W tworzenie filmu zaangażowany był również Jerry Bruckheimer, a jednym ze współscenarzystów był Christopher McQuarrie – reżyser ostatnich (i nadchodzących) części „Mission: Impossible”. Poza wspomnianymi popisami kaskaderskimi postawiono na praktyczne tworzenie filmu. Nie uświadczymy w nim tony CGI, a większość scen, które oglądamy na ekranie, zostały faktycznie nakręcone.

Dotyczy to również ujęć w myśliwcach, gdzie w kokpitach zamontowano aż sześć kamer w formacie IMAX. W trakcie lotu były obsługiwane przez aktorów. Całe układy i choreografię tego, jak mają się oni zachowywać w kokpicie, były przećwiczone wcześniej. Dopiero po wylądowaniu nagrany materiał był oglądany i oceniano, czy nie trzeba zrobić dubla. Oczywiście to nie aktorzy pilotowali samoloty. Maszyny były dwuosobowe – z przodu pilot, z tyłu aktor grający pilota.

Dzięki wspomnianemu wyżej zabiegowi to, co widzimy na ekranie, jest po prostu prawdziwe. Twórcom zależało, by przeciążenie oraz reakcje aktorów na to, co dzieje się z maszyną, było jak najbardziej realne. Sprawiło to, że widzowie również czują się, jakby siedzieli w myśliwcu i latali z prędkością dźwięku. Jeśli o dźwięku mowa, to „Top Gun: Maverick” jest filmem, który koniecznie trzeba obejrzeć w kinie. Technicznie jest to twór ocierający się o perfekcję. Nie tylko ze względu na wspomnianą jakość IMAX, ale również kapitalny dźwięk Dolby Atmos.

Żaden sprzęt domowy nie zapewni nam takich doznań, ja dobra sala kinowa. Film dosłownie wgniata nas w fotel. O realizacji technicznej filmu mógłbym się już chyba doktoryzować, bo obejrzałem i przeczytałem na ten temat chyba wszystkie dostępne materiały. Czekam jednak na wydanie filmu na nośniku za kilka miesięcy i zgromadzone tam dodatki. A wszystkim polecam iść do kina i samemu przekonać się, jak ta produkcja wygląda i brzmi.

Maverick, jakiego nie znamy

Top Gun: Maverick
Tom Cruise w filmie „Top Gun: Maverick”, fot. United International Pictures

Wydawać by się mogło, że dostaniemy tu powtórkę z rozrywki i częściowo tak jest. „Top Gun: Maverick” bowiem w niektórych momentach niemal dosłownie powiela oryginał, jednak nie robi tego w sposób nachalny. Oglądając film, czuć, że twórcy w niektórych momentach oddają hołd pozycji sprzed lat. W innych scenach pozorna kopia jest okazją, by dać dodatkowy komentarz do tego, co dzieje się z bohaterami.

Oczywiście główną postacią jest Maverick i to na nim się skupiamy. W dalszym ciągu jest on asem przestworzy i pilotem, który nie boi się ryzykować. Widać jednak, że nie jest w tym samym miejscu, co przed laty. To człowiek, który wiele przeszedł i jest świadom tego, że nie wszystkie decyzje, jakie podejmował w życiu, były słuszne. Jest przemijającym znakiem swoich czasów, podobnie jak Tom Cruise. Wie o tym, że kiedyś będzie musiał powiedzieć dość, ale tak samo, jak grający go aktor, jeszcze nie chce tego robić. Dopóki ma siłę, będzie realizował swoją misję.

Światowy hit

Tom Cruise, Jennifer Connelly, Top Gun: Maverick, United International Pictures
Tom Cruise i Jennifer Connelly w filmie „Top Gun: Maverick”, fot. United International Pictures

„Top Gun: Maverick” był gotowy na swoją premierę już dwa lata temu. Oczywiście plany pokrzyżowała pandemia, a Tom Cruise wraz z resztą twórców otwarcie mówili, że film musi wejść do kin. Premiera na platformach streamingowych nie wchodziła w grę. Wiele osób zastanawiało się, co może być powodem takiej decyzji, jednak po obejrzeniu filmu wszystko staje się jasne.

Film już zapisał się na kartach historii, ponieważ zaliczył najbardziej kasowe otwarcie. W pierwszy weekend zarobił ponad sto pięćdziesiąt sześć milionów dolarów, pobijając tym samym dotychczasowego rekordzistę z 2007 roku – „Piratów z Karaibów: Na krańcu świata” (153 mln $). Na ten moment globalnie zarobił on ponad pięćset milionów dolarów. Widać, że ludzie szturmem ruszyli do kin – również w Polsce, gdzie obejrzało go prawie trzysta tysięcy widzów.

Czekamy na przyszły rok

Cztery lata musieliśmy czekać na nowy film z Tomem Cruise’em. Dawno nie było między jego produkcjami takiej przerwy. Na szczęście tym razem nie będziemy mieć aż tak długiej rozłąki. W przyszłym roku na ekrany wchodzi bowiem kolejna odsłona „Mission: Impossible” i już teraz wiadomo, że trzeba będzie ją zobaczyć w kinie. Niedawno ukazał się zwiastun, który w ciągu dwudziestu minut po upublicznieniu obejrzałem sześć razy. 

Autor artykułu
More from Jan Urbanowicz

Łowca i piękne panie

Od dziecka lubiłem oglądać ekranizacje bajek i baśni. To takie gatunki, w...
Czytaj wiecej