„Top Gun: Maverick” – stara szkoła [Recenzja]

Top Gun Maverick
Tom Cruise w filmie "Top Gun: Maverick" (reż. Joseph Kosinski, 2022), fot. United International Pictures
Na ekrany kin wchodzi "Top Gun: Maverick". Superprodukcja z Tomem Cruise’em to kontynuacja hitu z 1986 roku. Czy film w reżyserii Josepha Kosinskiego nakręcony po niemal czterdziestu latach ma szansę powtórzyć sukces pierwowzoru?

Podobnie jak oryginalny film, „Top Gun: Maverick” podążą śladem tytułowego bohatera. Pete
Mitchell (Tom Cruise) od ponad trzech dekad sprawia kłopoty marynarce wojennej. Jednocześnie jest jednym z najlepszych pilotów na świecie, którego chroni sam admirał (pojawiający w epizodzie Val Kilmer). Po kolejnym wybryku zostaje jednak oddelegowany do szkolenia młodych kadetów. Ma ich przygotować na misję niemożliwą. Sprawę komplikuje natomiast fakt, że wśród zdolnych adeptów lotnictwa znajduje się Rooster (Miles Teller) – syn zmarłego przyjaciela Mavericka, za którego śmierć pilot się obwinia.

„Top Gun: Maverick” – blockbuster w starym stylu

Top Gun Maverick
Kadr z filmu „Top Gun: Maverick” (reż. Joseph Kosinski, 2022), fot. United International Pictures

Pierwszy „Top Gun” (reż. Tony Scott, 1986) to film kultowy, który jednak nie zestarzał się zbyt dobrze. Legendarne są historie o tym, jak po premierze wzrosła sprzedaż Ray Banów typu Aviator, a młodzi ludzie masowo zaczęli zaciągać się do wojska. Równie słynna jest interpretacja filmu według Quentina Tarantino. Oglądając go dzisiaj, trudno powstrzymać ciarki żenady, gdy słyszy się niektóre dialogi i widzi pewne schematy w sposobie pisania bohaterów. Te na szczęście odeszły w zapomnienie wraz z latami 80.

„Top Gun: Maverick” w reżyserii Kosinskiego stoi na własnych nogach. Osoby znające pierwowzór Scotta szybko wyłapią, na jakim fundamencie budowana jest kontynuacja. Natomiast ci, którzy go nie oglądali, szybko zorientują się w fabule bez konieczności nadrabiania tamtego filmu. „Mavericka” nakręcono niczym autonomiczny blockbuster, czyli prawdziwa rzadkość w tych czasach. Nie jest wyładowany easter eggami, gościnnymi występami czy urwanymi wątkami, które zostaną rozwinięte w planowanej kontynuacji. To produkcja, którą można obejrzeć jak film, a nie wysokobudżetowy serial kinowy, który więcej ma wspólnego z marketingowymi tabelkami, niż chęcią opowiedzenia konkretnej historii.

Minimum skomplikowania i maksimum wrażeń

Top Gun: Maverick, Joseph Kosinski, 2022, United International Pictures
Kadr z filmu „Top Gun: Maverick”, fot. United International Pictures

Siła nowego „Top Guna” tkwi w prostocie. Historia jest banalna, a niemal wszystkie zwroty akcji możemy przewidzieć z wyprzedzeniem. To jednak nie wada, bo film Kosinskiego nie udaje czegoś więcej. Nie zaprząta sobie głowy ani misterną intrygą, ani skomplikowanymi emocjami. Większość wątków jest ledwie naszkicowana, ale na tyle wyraziście, byśmy nie mieli problemów z zawieszeniem niewiary. Motywacje bohaterów są jasne, ich charaktery proste, a tym, co służy za budulec filmowego tworzywa, są spektakularne sceny akcji.

To one czynią z „Top Gun: Maverick” coś wyjątkowego. Prosta fabuła działa w tym wypadku na korzyść filmu, bo pozwala skupić się na odbierającym dech festiwalu scen powietrznych. Pokuszę się o stwierdzenie, że sceny latane jeszcze nigdy nie wyglądały w kinie tak imponująco. Gdy tylko bohaterowie wsiadają do samolotów i podrywają maszyny w powietrze, dzieje się magia. Sprzężenie obrazu i dźwięku, w połączeniu z wybitnym montażem oraz praktycznymi efektami specjalnymi, tworzą mieszankę, która trzyma widza na krawędzi fotela.

Strona formalna jest dopieszczona w każdym szczególe i nastawiona na epickość. Powietrzne akrobacje oraz samolotowe potyczki oddziałują na widza czysto fizycznie. Siedziałem jak na szpilkach, nerwowo zaciskałem dłonie, prawdopodobnie miałem też otwarte usta w niemym zachwycie. Chyba tylko wyuczony przez lata nawyk sprawił, że pamiętałem o oddychaniu. Ostatnio tak intensywny seans zaserwowały mi widowiska w rodzaju „Mad Max: Na drodze Gniewu” czy „Mission Impossible: Fallout”.

Skazany na wymarcie?

Tom Cruise w filmie „Top Gun: Maverick”, fot. United International Pictures

Takich filmów już się w Hollywood nie robi. A na pewno robi się ich coraz mniej – zdecydowanie za mało. Seans „Mavericka” okazał się czymś orzeźwiającym. Miło obejrzeć tak prostą opowieść o przyjaźni, poświęceniu, prawdziwych zasadach i odrobinie miłości (choć wątek romansowy z Jennifer Connelly jest zdecydowanie najsłabszy w całej produkcji). Przeżyć przygodę i nie martwić się tym, że w kolejce czeka jeszcze pięć filmów z tego uniwersum, które trzeba sprawdzić. Móc skupić się na fenomenalnej warstwie formalnej i przeżyć seans tak intensywnie. Bez rozpraszaczy, naddatków w postaci postironicznego humoru czy okularów nostalgii, które zasłaniają pół obrazu. To kontynuacja hitu sprzed lat, więc nostalgia i tak się tu wdziera (chociażby w analogicznej scenie sportowej), ale jak na dzisiejsze standardy jest zaskakująco nienachalna.

Na koniec cytat z filmu, który ładnie podsumowuje całą produkcję. Przełożony Mavericka (Ed Harris) po jego kolejnym wybryku zwraca się do bohatera, mówiąc, że tacy jak on są skazani na wymarcie. Postać grana przez Cruise’a odwraca się do niego i z szelmowskim uśmiechem odpowiada: „Jeszcze nie dziś”. To ładne podsumowanie, które pokazuje status samego filmu: wyjątkowego blockbustera na hollywoodzkiej mapie premier. „Top Gun: Maverick” przywraca wiarę w autonomiczne wysokobudżetowe produkcje, te oparte na praktycznych efektach specjalnych, charyzmie aktorów i sercu ekipy filmowej, którego bicie słychać pod filmową tkanką.

Autor artykułu
More from Jan Sławiński

„Najmro. Kocha, kradnie, szanuje” – a przede wszystkim bawi! [Recenzja]

Na trwającym właśnie we Wrocławiu festiwalu filmowym Nowe Horyzonty zaprezentowano przedpremierowo kilka...
Czytaj wiecej