Bardzo kompetentny nudziarz (Toro y Moi – „Mahal”)

Toro y Moi – Mahal, Dead Oceans
Okładka płyty Toro y Moi – "Mahal", fot. Dead Oceans
Jeden z Ojców Założycieli popularnego niegdyś chillwave'u (mikrogatunku muzyki elektronicznej, który lata świetności ma już za sobą) powraca z albumem opinioodpornym. Najnowsza propozycja od tego artysty jest bowiem ekstremalnie nijaka, wręcz rzucająca słuchaczowi wyzwanie zareagowania na nią w jakikolwiek sposób.

Wydane przez wytwórnię Dead Oceans „Mahal” jest wypełnione po brzegi kompozycjami niezabiegającymi o uwagę odbiorcy. Słoneczne elektro, psychodeliczny pop, wibrujący funk – wszystkie te wpływy prowadzą natomiast ku niemym melodiom. Słychać w nich kompetentnego producenta, który jednak nie potrafi myśleć jak artysta. Toro y Moi wydaje się projektem kogoś, kto tworzy muzykę w przerażająco pragmatyczny sposób.

Każdy utwór na nowym krążku jest dopracowaną do perfekcji studyjną sztuczką. Owszem, piosenki wyróżniają się soczystym brzmieniem. Są bowiem owocem pracy osoby umiejącej wycisnąć maksimum potencjału z narzędzi, jakimi się posługuje. Ponadto nawiązują do nieustannie modnych tropów. Zręcznie odtwarzają estetykę rozchwytywanych popkulturowo dekad. Wszystko się tu zgadza. Aż do bólu.

Nieskazitelnie wyprodukowana płyta cierpi jednak na tę samą przypadłość, co ostatnie dzieło Tame Impala czy mnóstwo pozycji wytwórni PC MUSIC – rezygnuje z emocji na rzecz technicznego rozpasania. Chaz Bear przypomina w tym wielu swoich kolegów po fachu, to znaczy: tak jak większość przedstawicieli nowoczesnego popu skupia się przede wszystkim na dopieszczaniu formy.

„Mahal” definiuje nowy rozdział w historii popu

Rozdział napisany niemal w całości nie przez twórców, a producentów. Rozdział popełniony przez ludzi, których bardziej niż sama narracja, obchodzi stylistyka, w jaką owa narracja się wpisuje. Jest w tym podejściu chłód, jakiego nie powstydziłyby się tuzy coldwave i muzyki industrialnej. To ziąb niemal mechanicznego myślenia o sztuce. Filozofii produkowania, a nie tworzenia. Dokładnego aranżowania, a nie spontaniczności. Nudnego profesjonalizmu, a nie pasji. 

Obcując z nijakością „Mahal”, chce się odrobinę zaprotestować – spróbujmy więc:

Śmierć wszystkim producentom, śmierć studyjnym magikom!

Śmierć mistrzom rzemiosła, śmierć muzycznym perfekcjonistom!

A mówiąc wprost:

śmierć okropnie kompetentnej, pozbawionej ludzkich odruchów, przerażająco fachowej nudzie!

Uff… Od razu lepiej.

Autor artykułu
More from Łukasz Krajnik

Szara codzienność połknęła rewolucję (Idles – „Crawler”)

Zespół, który skolonizował wyobraźnię odbiorców politycznie zaangażowanymi hymnami, tym razem prezentuje zupełnie...
Czytaj wiecej