Do Florencji (i z powrotem)

Montepulciano, Toskania, Włochy, Rafał Turowski
Uliczka w Montepulciano, fot. Rafał Turowski
Żal wyjeżdżać z Asyżu, ale Toskania czeka. Raj, idylla, symbol jakiejś beztroski, nieskazitelnego piękna, kwintesencja Włoch – jak się o niej mawia. Sprawdzam!

Toskania to kolejny cel podróży opisanej w tekstach “Rzym w czasach zarazy” oraz “Na północ od Rzymu”

Gdy tylko Umbria została za naszymi plecami, przywitała nas cudowna Toskania. Zaczynamy od najbardziej znanego pośród tamtejszych miasteczek – Montepulciano, które wygląda jak zbudowana za ogromne pieniądze scenografia filmowa. I faktycznie, miejskie bruki i kamienice nie raz pojawiały się na dużym i małym ekranie. W anglojęzycznych przewodnikach przymiotnikiem chyba najczęściej pojawiającym się w opisie tego miejsca jest: stunning. Nic zatem dziwnego, że nie tylko moc włoskich turystów, ale i chyba wszyscy obcokrajowcy ciekawi Toskanii zjawiają się najpierw właśnie tu.

Nawet mimo epidemii w Montepulciano było więc dość ciasno i wyraźnie drożej niż w dolinach (jesteśmy na prawie 700 m.n.p.m.). “Dużo ludzi?” – żachnął się sprzedawca w kiosku – “He, dużo to jak nie możesz się obrócić na Corso” – powiada. Nie próbuję sobie tego nawet wyobrazić… Corso jest wąską uliczką, wzdłuż której stoją najważniejsze zabytki, a także sklepiki z asortymentem rozmaitym, knajpy itd. I jest tam istotnie niesłychanie pięknie, ale w sezonie po prostu nie do zniesienia tłoczno, co wiąże się nie tylko z brakiem komfortu zwiedzania, ale i z absurdalnymi cenami za zakwaterowanie czy brakiem miejsc do parkowania. Natomiast miejscowe słynne wino – Vino Nobile – jest do nabycia w zupełnie rozsądnej cenie w licznych porozrzucanych po Montepulciano sklepikach serowo-winiarskich.

Przez wzgórza Toskanii

Made in Toscania, Rafał Turowski
Made in Toskania, fot. Rafał Turowski

Jedziemy dalej. Mijamy kolejne malownicze miasteczka na wzgórzach, Val d’Orcia i Pienzę, ale decydujemy się na nocleg w San Quirico d’Orcia. Powodem jest “Anna Grazzi” – wydana w 1938 roku nowela Jarosława Iwaszkiewicza (podczas epidemii przeczytałem całą nowelistykę JI. Sześć tomów, warto). Bardzo piękna i dojmująco smutna historia pewnej miłości. Iwaszkiewicz tak kusząco opisał to miejsce, że od razu chce się tam jechać. I pewnie można je zwiedzać z książką w ręku; zaglądać w zakamarki opisane przez Iwaszkiewicza – zupełnie jak w Oslo ścieżkami Harry’ego Hole (przepraszam za to skojarzenie) – bo przez tych 80 lat niespecjalnie się tu zmieniło. Niestety, pobyt w San Quirico upłynął nam pod zupełnie innym hasłem – mianowicie – szukania hotelu. Jakiegokolwiek i za ilekolwiek. I się nie udało.

Wyobraźcie sobie, że jest godzina 20, zapada cudowny włoski wieczór, a w promieniu 70 kilometrów nie ma ŻADNEGO wolnego pokoju. Pisząc żadnego – właśnie to mam na myśli. Ani internetowe systemy rezerwacyjne, ani telefony, ani osobiste zapytania z błagalnym wzrokiem nie pomogły. “We are full, I’m sorry” – usłyszałem kilkadziesiąt razy tego wieczoru. Mieliśmy jechać do nieodległej Sieny, ale trzeba było zmienić plany, bo najbliższy hotel z wolnym pokojem znaleźliśmy we Florencji – 120 kilometrów dalej. Co takiego się zdarzyło? Ano, mimo doświadczenia w podróżowaniu popełniłem szkolny błąd w planowaniu – a raczej w niezaplanowaniu tego akurat wieczoru.

W Sienie bowiem 16 sierpnia odbywa się jedno z najsłynniejszych wydarzeń w całych Włoszech – mianowicie Palio. To festyn na część Matki Boskiej z tradycjami jeszcze z czasów wieków średnich. Wcześniej mają miejsce pojedynki, festyny, kolorowe parady z uczestnikami przebranymi w stroje z epoki i wydarzenie owo – jak możecie się domyślić – ściąga turystów z całych Włoch. Hotele w Sienie i SZEROKO rozumianej okolicy na tę okazję są rezerwowane wiele miesięcy wcześniej. I tego akurat w moim – skądinąd znakomicie udokumentowanym przewodniku (wziąłem w tym roku “Rough Guide”) – po prostu nie doczytałem. Bywa.

Arno, Florencja, Toskania, Rafał Turowski
Most nad rzeką Arno (Florencja, Toskania), fot. Rafał Turowski

Jedziemy zatem do Florencji, pod hotelem za darmo można parkować tylko do 8 rano. Później każda godzina postoju kosztuje 2 euro (sic!) i – jak zapewniał recepcjonista – lepiej nie sprawdzać czujności florenckiej straży miejskiej. Nie sprawdzimy, bo o świcie wracamy do Sieny, bo być w Toskanii i nie zobaczyć Sieny, to gorzej niż zbrodnia – to błąd. Po drodze mijamy jeszcze pocztówkowe San Gimignano i nieprawdopodobne Monteriggioni, założone w XIII wieku i od tamtej pory właściwie nieniepokojone przez historię. O tych miejscach napiszę jednak następnym razem.

More from Rafał Turowski

Szwajcaria po taniości

Szwajcaria – jak wiadomo – nie jest celem pierwszego wyboru weekendowych czy...
Czytaj wiecej